środa, 11 września 2019

Pasta SAL ciąg dalszy

Jako że dziś już 11 września czas na nasze SAL-owe zmagania.
Ostatnio nasze postępy pokazywałam w lipcu, w TYM poście. Czas pokazać dalej.
1. Cytrulina - Cytrulina Hand Made podesłała 3 motywy:



2. Natalia - Zaczarowany Papier  - wyhaftowała tyle:

3. Joanna - Cross Stitch czyli chwile nitkami malowane - może pochwalić się aż 3 hafcikami:





4. Anja - Anja - moje pasje podesłała jedno zbiorcze zdjęcie:
I na koniec moje postępy. Jak już pisałam w poprzednim poście miałam (i mam nadal) troszkę więcej wolnego czasu na hafty. Nie wiem jak długo to potrwa, ale na razie korzystam. 
Dzięki temu udało mi się nadgonić nasz SAL. I tak w ciągu 3 tygodni udało mi się wyhaftować wszystkie motywy. I teraz mogę się nimi po kolei pochwalić:


Jak możecie zauważyć po zdjęciach kilka z nas już swój sampler ukończyło. Postanowiłam jednak dać szansę tym uczestniczkom, które się nie wyrobiły w terminie, są krok za nami, albo po prostu zapomniały podesłać zdjęć.
Poczekam do końca miesiąca.

Dziękuję Wam za komentarze pod poprzednim postem. Pozdrawiam serdecznie

wtorek, 3 września 2019

Wakacyjne zmagania z... brakiem wolnego czasu.

Tytuł brzmi dziwnie, prawda? No bo niby jak to - wakacje i brak wolnego czasu??? Ano tak to czasem bywa, szczególnie gdy się jedzie na wakacje do rodziny.
Moje wakacje (od szkoły językowej) zaczęły się 19 czerwca ostatnim egzaminem. Potem były 3 tygodnie oczekiwania na wyniki i wreszcie JEST! ZDAŁAM!!
Zdolna ze mnie bestia tylko leniwa ;)
Ogromnie podbudowana zdanymi egzaminami zaczęłam żyć egzaminami moich dzieci.
One niestety jeszcze wtedy musiały się uczyć. Pozornie uzyskałam dodatkowe dwa dni wolnego. Dlaczego pozornie?
Wolne wprawdzie miałam, ale niestety nie tylko na hafty...
A to córka wymyśliła, żeby do szkoły jechać rowerem - moim tempem 15 minut, tempem Olivii 30 minut... Czyli godzina w plecy, bo nie dość że trzeba zajechać, to jeszcze trzeba chwilkę z dzieckiem zostać, a potem trzeba wrócić. A jak się już wróci to trzeba ogarnąć chaos pralkowo-zmywarkowy. Czyli tam wyjąć, tu włożyć, nastawić, powiesić... Znacie to prawda?
Potem mąż wyskoczył - tu pojedź, to mi kup, bo POTRZEBA.
W temacie hafciarskim na szybko musiałam skończyć, czyli wyprać i oprawić haft który przygotowywałam dla opiekunki do której moja córka chodziła w każdą środę po szkole, czyli wtedy kiedy ja miałam zajęcia językowe.
Wyszło tak:
Musiałam też skończyć "babola" wspomnianego w poprzednim poście, czyli nieudaną pamiątkę komunijną. Na szczęście nikt się (chyba) nie zorientował że coś tam jest nie tak. Obdarowane dziecko było bardzo szczęśliwe, a chyba o to w tym chodzi, prawda?
Na koniec musiałam zając się też sobą, ale o tym postaram się napisać w innym poście (który już w zasadzie jest napisany, ale czeka na korektę i opublikowanie).
Jak już pisałam czekałam na koniec roku szkolnego moich dzieci - całej trójki.
Na szczęście okazało się, że dzieci również są zdolne bestie (chyba po mamusi ;) ) i że oboje najstarszych zdało egzaminy końcowe bez problemu. Na dodatek syn złożył papiery na dalszą naukę w tej samej szkole, tylko na odrobinę innym kierunku.
Teraz mam w domu (w rodzinie, bo córka przecież się wyprowadziła) dwóch grafików komputerowych. Tylko nie ma mi kto zaprojektować logo na bloga... Cóż, podobno szewc bez butów chodzi.... ;)
Zwieńczeniem ich szkoły było uroczyste rozdanie dyplomów w specjalnie na ten cel wynajętej sali w Jaarbeurs Utrecht. Oczywiście oboje z mężem dostaliśmy uroczyste zaproszenie...
Dnia 16 lipca w godzinach wieczornych pojechaliśmy więc do Utrechtu na uroczyste zakończenie szkoły. O tym, jak bardzo różni się ono od zakończenia szkoły w Polsce nie będę się rozpisywać bo to nie ma sensu. Ogólnie było fajnie i już.
Pochwalę się jednak fotką. Dumna mama ze swoją trójką:
Najmłodsza latorośl skończyła swoją szkołę dwa dni później, czyli w czwartek 18 lipca. Wcześniej oczywiście był jeszcze festyn szkolny i zakończenie w szkole pływania. We wszystkim trzeba było uczestniczyć obowiązkowo...
Wreszcie nadszedł ten dzień - wyjazdu na wakacje do Polski. Wyjechaliśmy w sobotę wcześnie rano, na miejsce dotarliśmy o 22.30. Po w miarę spokojnej niedzieli zaczęły się intensywne 3 tygodnie...
Kilka dni spędziłam sama u mojej mamy, której trzeba było pomóc w obowiązkach domowych. Dwa miesiące wcześniej mama złamała sobie rękę i teraz była świeżo po zdjęciu gipsu. Przez 6 tygodni tułała się po rodzinie, bo każdy (jej dwie siostry i brat, oraz jej syn czyli mój brat) chciał jej pomóc i wziąć ją do siebie. Teraz przyszła kolej na pomieszkanie w swoim własnym domu. Ale ręka niesprawna więc nic się nie da zrobić. A tu mieszkanie zapuszczone, okna nie umyte.... Wiecie jak to jest, prawda?
Do tego zakupy i spacery. Udało mi się nawet zorganizować spontaniczne spotkanie z kilkoma osobami ze szkoły podstawowej:
Spotkaliśmy się po latach wielu i bardzo miło spędziliśmy czas...
Nie ma się co dziwić, że wieczorami nie miałam siły nawet laptopa odpalić. O hafcie już nie wspomnę.
Kolejne dwa tygodnie upłynęły nam w rozjazdach pomiędzy moją mamą, teściową, moją rodziną i rodziną męża. Haft miałam w ręku może ze dwa razy. W całości może z godzinę....
Na szczęście pogoda w wakacje nam wybitnie dopisała. Nasza córka skorzystała najbardziej, bo gdy ja odgruzowywałam mieszkanie mojej mamy ona jeździła z kuzynostwem po okolicznych basenach:

Objeździliśmy Radzionków, Bytom, Chorzów, Świętochłowice, Piekary Śląskie i... Sosnowiec.
Naprawdę te 3 tygodnie spędziliśmy bardzo intensywnie, choć były to tylko spotkania z rodziną. 
Podczas pobytu w Polsce udało mi się przekonać pewnego pana (pozdrawiam zakład szklarski z Chorzowa), że pewne trzy obrazy są mi niezbędnie potrzebne na już. Siłą perswazji była ogromna, bo miły pan (i jego syn) zobowiązali się do szybkiego oprawienia obrazków i dzięki temu dzień przed wyjazdem mogłam już cieszyć oczy moimi kolejnymi oprawionymi obrazami.
Oto moje śliczności - każdy z osobna:
1. Magnolia:
 2. Wiśnia:
 3. Jabłoń:
A zaraz po powrocie wszystkie 3 razem zawisły na ścianie nad moim "kącikiem hafciarskim":
Prawda że pięknie się prezentują?

Wracając do tematu wakacji - wróciliśmy do domu 10 sierpnia. Razem z nami przyjechała teściowa. Zostanie (o ile wytrzyma) z nami do Bożego Narodzenia...
Na razie jest dobrze. Aż do dziś miałam zdecydowanie więcej czasu i powoli nadrobiłam hafciarskie zaległości. Pochwalę się nimi wkrótce.
Dziś moje dziecię wróciło do szkoły, czyli zaczął się młyn - dziecko zawieźć, dziecko odebrać, z dzieckiem na basen a w przyszłości i na religię do Rotterdamu... 
Zaczęły się plany spotkań z koleżankami, zaproszenia na urodziny...
Jednym słowem WITAJ SZKOŁO!!

Dziękuję Wam kochane za ciepłe słowa pod poprzednim postem. 
Jak już pisałam prezent został wręczony, a ja już do niego nie wracam. Jedno wiem na pewno - już go więcej nie wyhaftuję.
Pozdrawiam serdecznie

czwartek, 25 lipca 2019

Wyprodukowałam "babola"

Jakiś czas temu (konkretnie w kwietniu) pokazywałam Wam zaczęty haft. Haft miał być z okazji I komunii córki szwagra. Miałam wtedy tyle:
Komunia wprawdzie już się odbyła, ale miałam czas z tym haftem aż do lipca, bo dopiero wtedy mieliśmy zawieźć go do Polski.
Haft nie wydawał się zbytnio skomplikowany. Ot książka, kielich, winogrona, kwiaty. Schody zaczęły się przy konturach....
Ogromna większość kresek poprowadzona została w środku krzyżyka czego wręcz nienawidzę.... Na dodatek autor wzoru wymyślił sobie różaniec wyhaftowany z konturów które również w większości prowadzone są w połowie/ćwiartce kratki...
Jak zwykle doszłam do wniosku, że jakoś sobie poradzę z tymi konturami. Poprowadzę je "po ludzku" pomiędzy krzyżykami, a różaniec wyhaftuję na końcu.
Nie przewidziałam, że ten haft mnie pokona...
Haftowałam i haftowałam, a przy konturach używałam słów uznawanych za niecenzuralne...
Nie raz, nie dwa haft lądował w koncie.
W końcu jakoś się zmobilizowałam i udało mi się go skończyć, a nawet wyhaftować napisy:
Niestety haft mnie rozczarował. Wiele rzeczy wygląda nie tak, jak powinno.
Pranie i prasowanie też niewiele pomogły, a na dodatek nie mogłam znaleźć pasującej ramki.
Dosłownie na dzień przed wyjazdem udało mi się włożyć obraz za szkło. A gdy już to zrobiłam i wszystko obfociłam to złapałam się za głowę...
Zapomniałam doszyć koraliki, które miały imitować różaniec...
Babol, babol jak nic... Pierwsza w moim życiu tak spaprana praca... Niestety musiała zostać wręczona w takiej formie bo nic się już nie dało zrobić.
Na szczęście ani sama obdarowana ani jej najbliżsi nie dopatrzyli się błędu. Gorzej, że ja o nim wiem i będzie mnie to męczyć jeszcze jakiś czas... :(
Chce mi się płakać....