sobota, 15 lipca 2017

Problemy z oprawą obrazka

Pamiętacie mój ostatni przerywnik pomiędzy HAED-ami?
Tak, chodzi o obrazek Home Sweet Home.
Ostatnio wyglądał tak:

Szukałam wtedy odpowiedniej ramki oraz weny do zaprojektowania napisów, czyli imion członków rodziny, której chciałam ten obrazek podarować.
Z ramką był niemały kłopot, bo wzór jest w kwadracie (35x35), a w tybylczych sklepach (Holandia) takich rozmiarów nie uświadczysz. Na zamawianie przez internet niestety nie miałam czasu a i ceny nie zbyt zachęcały do zakupu.
Kupiłam więc ramkę 40x30 i postanowiłam przymierzyć haft do ramki (lub ramkę do haftu jak kto woli). Oczywiście jak można się było tego spodziewać ramka nijak nie pasowała:
Zasięgnęłam opinii na kilku grupach hafciarskich i niemal wszyscy jednogłośnie doradzali dorobić wzoru u góry i u dołu.
Kiedy w końcu znalazłam wenę i czas na projektowanie napisów przekopałam internet oraz swój zbiór wzorów, wzięłam kartkę i ołówek i zaczęłam kombinować z kilkoma czcionkami.
Na imiona wybrałam taką czcionkę:
A na nazwisko całkiem inną:
Dorobiłam też wzoru u góry i teraz tak prezentowała się całość:
Doszłam do wniosku, że trzeba jednak dorobić wzoru u dołu, czyli przedłużyć te linie. Nie podobało mi się też, że pomimo dodania napisów z tego jednego boku jest jakoś tak pusto. Postanowiłam jednak machnąć te lilijki:
Tu zbliżenie na dół odrazka:
Teraz było zdecydowanie lepiej i haft powędrował do prania i prasowania.
Zadowolona z siebie wsadziłam haft to ramki i ZONK!!
Myślałam że mnie coś trafi!! Kanwa wyprana w 40 stopniach zbiegła się i hat znów nie pasował do ramki....
Na szczęście miałam jeszcze trochę czasu więc popędziłam do sklepu bo kolorowy brystol i zrobiłam małe passe-partout:
Jeszcze próba u mnie na ścianie:
Potem w papier i do sąsiadów - w podziękowaniu za pomoc, jakiej nam udzielają. Przy okazji oddałam berła, bo już mi nie są potrzebne.
Muszę się nieskromnie przyznać, że sąsiedzi byli zaskoczeni takim prezentem i bardzo im się podobało.

Dziękuję za wasze komentarze
Anula - ja czasami też lubię, ale w tym obrazie to już chyba przesada :D
Adrianna Bartnik, magdus208, magdusiaaa - dziękuję
Ewa Staniec-Januszek - wena wróciła, czasu brak :D
Dorota - nie poddam się, bo marzy mi się własnoręcznie wydziergana chusta. Ale to już chyba po wakacjach

Pozdrawiam serdecznie


poniedziałek, 3 lipca 2017

W ślimaczym tempie...

Tak, tytuł posta mówi sam za siebie - to już nie jest żółwie tempo. Moje robótki ręczne powstają w wybitnie ślimaczym tempie. Zresztą jakoś tak mi się ostatnio wydaje że strasznie zwolniłam tempo życia.
Generalnie nie wiem dlaczego, ale nie chce mi się nawet z domu wychodzić - w sensie zakupów czy spacerów.
Jakiś czas temu skończyłam dziergać opaskę na włosy. Robiłam ją warkoczem, którego się właśnie nauczyłam. Mam nawet zdjęcia tej opaski, ale musiała ona swoje odleżeć w koszyczku zanim została obfotografowana:
Troszkę źle odmierzyłam i za szybko zaczęłam robić zakończenie i dlatego opaska jest niesymetryczna względem szwu:
No ale każdy popełnia błędy, szczególnie osoba początkująca. Następna zdecydowanie będzie lepsza.
No to jeszcze się pochwalę zakupem:
Bawełna 100%. Mam zamiar wydziergać z niej chustę Efekt Motyla wg wzoru pani Iwony Eriksson. Czy mi wyjdzie to się jeszcze okaże, bo chociaż byłam bardzo podekscytowana gdy włoczka przyszła, to jeszcze jakoś nie zdecydowałam się zacząć chusty...
Zabrałam się za to za mój Mini Victorian Garden. Oj te krzyżyki to mi dały popalić. Na dodatek w trakcie haftowania widać tylko i wyłącznie pikselozę, która zdecydowanie nie zachęca do dalszej pracy. Dopiero jak się spojrzy z pewnej odległości...
Dopiero wtedy widać, że coś wychodzi, że wyłania się konkretny pejzaż...
Jestem w połowie drugiej strony A4. Byłoby więcej ale pomimo tego ze siedzę w domu i nic nie robię to jakoś nie mogłam się zmobilizować do regularnego haftowania. Na dodatek ilekroć wybrałam się z haftem do ogrodu to niemal nic z tego haftowania nie wychodziło.
Czemu? Ano temu, że jak tylko siadałam wygodnie w ogrodowym fotelu to oczy same mi się zamykały i kończyło się na drzemce na świeżym powietrzu... N a potem to już trzeba było zająć się domowymi obowiązkami, obiadem, czy pojechać na zakupy i odebrać dziecko ze szkoły.
Mogę nawet powiedzieć, że od kiedy jest chłodno i deszczowo to więcej krzyżyków przybyło ;)
Teraz muszę się trochę sprężyć, bo za dwa tygodnie wyjeżdżamy na wakacje do Polski. Do tej pory chciałabym mieć ukończoną drugą stronę wzoru.  A do Polski chciałabym zabrać inny haft.
Może będzie to nawet coś nowego, kto wie...

Jeśli chodzi o problemy zdrowotne, to z zębami mam na razie spokój. Szczękościsk też już odpuścił, więc mogę jeść wszystko i śmiać się "pełną gębą".
Noga jeszcze pobolewa, ale to normalne, bo teraz już więcej chodzę. Przyznam się, że nawet miałam już na nogach szpilki na obcasie...
Syn ukończył holenderską szkołę ponadpodstawową - coś jak połączenie naszego gimnazjum ze szkołą przygotowującą do zawodu. Trzeba było odebrać dyplom ukończenia. I na tę uroczystość trzeba było ubrać się odrobinę lepiej niż idąc po kapustę do warzywniaka. Dlatego była sukienka i buty na obcasie. Cała impreza trwała 2h, na szczęście wszystko odbywało się na siedząco więc noga bardzo nie ucierpiała.
W następnym tygodniu znowu "pielgrzymka" po lekarzach - w poniedziałek czeka mnie prześwietlenie i wizyta u lekarza, a w czwartek będą wyniki z cytologii.
Jutro muszę zrobić badanie krwi na tarczycę i poziom wit. B
Mam nadzieję ze wszystko będzie ok i spokojnie będę mogła jechać na wakacje.

Dziękuję za wasze wszystkie komentarze i za życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
Ja się to wszystko czyta, to aż cieplutko się robi na sercu i wszystkie problemy wydają się robić coraz mniejsze.
Ja do Was też zaglądam - co wieczór, ale nie zawsze zostawię komentarz. Wybaczcie...

Pozdrawiam Was serdecznie

sobota, 17 czerwca 2017

Robótkowy chaos i niemoc...

Dawno mnie tutaj nie było i czas nadrobić zaległości. Dlatego dziś znowu będzie hurtem, czyli o wszystkim co powstało podczas mojej nieobecności.
Niestety powstało niewiele, bo ostatnio coś mi się komplikuje zdrowie.
Ale po kolei.
Ostatnio chwaliłam się ukończonym SAL-em Tea Time, a jeszcze wcześniej pokazywałam nowy obraz z serii Home Sweet Home.
Pisałam wtedy, że pełno w nim półkrzyżyków. Na moje szczęście ja zorientowałam się trochę za późno i zaczęłam haftować pełnymi krzyżykami i postanowiłam nie pruć tego, co już miałam zrobione. Dlatego półkrzyżyki zrobiłam tylko i wyłącznie tam, gdzie były one już niezbędne.
Czyli tu:
 i tu:
Osobiście półkrzyżyków nie lubię, ale muszę przyznać, że akurat w tym wzorze ona idealnie pasują. Sprawiają że napis w pewnym sensie robi się jakby trójwymiarowy.
Całość w chwili obecnej wygląda tak:
I tu muszę dodać, że ten haft nie jest jeszcze ukończony. Tam gdzie na kanwie jest jeszcze puste miejsce, we wzorze są jakby haftowane lilijki:
W oryginale są ona haftowane muliną B5200 którą ja w swoim hafcie wymieniłam na 762. Białego na białej kanwie nie widać, a jasnoszary już tak. No i te "lilijki" mi się tam nie widzą. Zamiast tego planuję wyhaftować tam imiona członków rodziny, której zamierzam ten haft podarować.
Brakuje tylko weny do zaprojektowania napisów....
Tymczasem zaraz na początku czerwca haft powędrował do pudła, a ja zajęłam się moja resztką włóczki i zaczęłam uczyć się warkoczy:
Żeby nie było tak łatwo to od razu dwa, a co sobie będę żałować... To co widać na powyższym zdjęciu powstało w jeden wieczór. Ale przez noc mi się "uwidziało" coś innego i dlatego całość sprułam i zaczęłam raz jeszcze:
To już mu się bardziej podobało więc postanowiłam zrobić z tego opaskę na włosy. Wiecie, taką jaką się nosi zimą zamiast czapki.
Po jednym dniu mogłam się już pochwalić niezłym urobkiem:
I zbliżenie:

Jeszcze trochę brakuje do końca, ale niestety zabrakło włóczki i trzeba było po nią jechać do sklepu. Także i ta robótka powędrowała "na trochę" do pudła. Ja zaś postanowiłam wrócić do mojego drugiego HAED-a - Victorian Garden.
Niestety los się na mnie uwziął i po postawieniu kilkudziesięciu krzyżyków dostałam takiego bólu zęba, że na tabletkach przeciwbólowych przespałam 4 dni....
Ząb który zaczął mi tak dokuczać to dolna ósemka, czyli tzw ząb mądrości. Ból spowodował opuchliznę węzłów chłonnych oraz szczękościsk...
Od piątku do poniedziałku na ketonalu - ból mijał, ale ja byłam nie do życia - spałam 24h/dobę...
Wizytę u dentysty miałam dopiero na wtorek i jakoś musiałam to wytrzymać.
Diagnoza była jedna - usunąć. Na szczęście tu obyło się bez zbędnych komplikacji - dwa zastrzyki znieczulające, potem jeszcze jakieś inne znieczulające "psik, psik" i nawet się nie zorientowałam kiedy było po wszystkim.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale po tym znieczuleniu oraz po zaleconych przez dentystę tabletkach przeciwbólowych przespałam kolejne dwa dni....
Od czwartku jakoś funkcjonuję. Zmniejszyłam ilość przyjmowanych tabletek przeciwbólowych, zmniejszył się ból po wyrwanym zębie i po zastrzykach znieczulających ale niestety pozostał szczękościsk... O ile mówię prawie normalnie to zjedzenie czegokolwiek graniczy z cudem. Przez weekend nie zjadłam prawie nic, a od poniedziałku jestem na diecie "grysikowej" - grysik na mleku plus mus jabłkowy... Czasem gotowany zimny kartofel, czy jak dziś rozgotowany krupnik...
W międzyczasie byłam jeszcze u mojego chirurga, żeby usłyszeć od niego, że "noga jest zrośnięta na 80%, proszę nadal na siebie uważać, próbować chodzić bez bereł i bez tej skarpety uciskowej, proszę ciężko nie dźwigać i generalnie chodzić ale nogę oszczędzać"... Kolejna wizyta za 4 tygodnie.
Do tego w pakiecie mam chyba problemy z hormonami. W przeciągu 45 dni już po raz 4 mam "kobiecą przypadłość". Dwa razy terminowo, a dwa razy tak sobie nagle w środku cyklu....
Niby mogłabym to tłumaczyć zastrzykami przeciwzakrzepowymi czy stresem związanym z zębem, no i z ilością zjedzonego ketonalu, ale w sumie mam już prawie 46 lat i to może być całkiem coś innego. Generalnie raz już byłam w tej sprawie u rodzinnego, ale tłumaczono mi wtedy ze to może być związane ze stresem. Ale gdy się powtórzy mam wrócić. Tak więc w poniedziałek czeka mnie kolejna wizyta...

No ale dość już o zdrowiu i problemach. Teraz czas się pochwalić postępami w Victorian Garden. Razem z krzyżykami postawionymi przed problemami z zębem na dzień dzisiejszy mam tyle:
To 3 kolumny na wysokość 50 rzędów. Do górnej krawędzi brakuje kolejne 50 rzędów, ale musiałam przełożyć tamborek. Całość wygląda tak:
Dziś udało mi się już postawić kilka krzyżyków więcej więc mam nadzieję ze teraz to już poleci z górki i niedługo będę mogła pochwalić się kolejną pełną stroną wzoru.
To by było na tyle.
Przepraszam za te zdrowotne wywody, ale jakoś tak musiałam....

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze. Ja do was już też pozaglądałam, ale nie wszędzie zostawiłam komentarz - wybaczcie...
Dorota - dziękuję i obiecuję uważać :)
Karolina - postaram się nie zapomnieć, ale to może potrwać zanim go oprawię ;)
Katarzyna - ja też wolę kupować sama, ale czasem po prostu się nie da :)
Agnieszka Wardzińska - jak mogłaś przeczytać powyżej ja nie szaleję... ;)
Małgorzata Zoltek - byłam i widziałam - faktycznie przyciasna odrobinkę, ale bardzo ładna

Pozdrawiam serdecznie