poniedziałek, 25 września 2017

A może by tak SAL...

Przeglądając strony internetowe trafiłam na fajny wzór kuchenny, który byłby idealnym dopełnieniem samplera Tea Time, którego haftowałam w ramach SAL-u w Haftach Agaty.
Sampler nosi nazwę Cookie Time i mam ogromną ochotę go wyhaftować:
 
I tak sobie pomyślałam, że może ktoś dotrzyma mi w tym towarzystwa? Wiem, że wiele osób ma już ten wzór w swojej kolekcji. Ale może ktoś się skusi...
Kto chętny na zabawę zapraszam po banerek:
Zasady zabawy takie jak zawsze:
- co miesiąc haftujemy po jednym motywie samplera. Motywów jest 9
- kolejne motywy będę podsyłać każdemu co miesiąc na email
- zaczynamy od 10 października, pierwszym motywem chwalimy się najpóźniej 10 listopada
- materiał do haftu oraz mulina wg własnych upodobań, aczkolwiek w samplerze podana jest mulina DMC i Anchor 
- pod tym postem zgłaszamy gotowość do zabawy
- piszemy wiadomość do mnie na iskierka71@gmail.com podając swój adres email
- pobieramy banerek i linkujemy na swoim blogu
I jeszcze jedna ważna zasada - jeśli ktoś chciałby wziąć udział w zabawie ale boi się ze nie dotrzyma terminów - nie szkodzi. To jest zabawa i nikt nikomu głowy nie urwie za nieterminowe publikowanie postępów prac.
To co? Kto chętny?



sobota, 23 września 2017

SAL "Widok z Okna" - strona 5

W piątek wieczorem udało mi się skończyć kolejną stronę mojego HAED-a "Widok z Okna".
Gdy robiłam zdjęcia to nasunęła mi się myśl, że wprawdzie zza okna niewiele jeszcze widać, to już można się napić kawy ;)
Wprawdzie brakuje mi jeszcze jakiegoś kawalątka łyżeczki w związku z czym nie mogę sobie tej kawy pomieszać, no ale ważne, że kubek już jest cały.
Przy okazji pojawił się maluteńki róg książki, ale niestety czytać jeszcze się nie da... I na razie czytać nie będziemy. Kolejna zaplanowana strona wiedzie w górę (po tę łyżeczkę do kawy ;) )
Jeszcze zbliżenie:

Powiem, że dość fajnie mi się tym razem haftowało pomimo pikselozy parapetu. Ciekawe, jak pójdzie dalej, bo dalej będzie... rama okna i duuuuuużo zieleni (czyli znów pikseloza)
Ale to potem, teraz czas na zmianę haftu. W końcu mam ich trochę pozaczynanych :D

Dziękuję za komentarze do postu o Malwach
Ewa Staniec-Januszek - chciałabym je skończyć jeszcze w tym roku, ale życie jest nieprzewidywalne...
Vipek - Irysy mam i Słoneczniki mam. Teraz czas na Malwy

Pozdrawiam

poniedziałek, 4 września 2017

Malwy - kwiaty polskiej wsi

Jak zdążyłam zauważyć, macie świetne rozeznanie w najpopularniejszych haftach. Tak, haft który zaczęłam to Malwy.
Dla tych co nie znają tego wzoru - tak będzie to wyglądać za... jakiś czas:
Poprzednio chwaliłam się zrobioną jedną stroną:
Dziś mogę pochwalić się zrobioną stroną nr 2:
W zasadzie to nie mam pojęcia dlaczego nie mam żadnych zdjęć pośrednich. Jakoś to nie w moim stylu, bo zawsze mam zdjęcia z niemal każdego etapu pracy...
Wytłumaczeniem niech będzie fakt, że poprzedni tydzień miałam baaaaardzo zakręcony i zapracowany. Był czas na haft, ale nie było czasu na robienie fotek :D
Do tego jakoś dziwne szybko i łatwo pojawiały się krzyżyki. Nie było żadnego prucia, choć wiem, że na pierwszej stronie w tle walnęłam byka. Na szczęście jest to tylko przejście pomiędzy odcieniami tła i nie rzuca się w oczy.
Tak więc drugą stronę Malw mogę (mówiąc brzydko) odfajkować.
Teraz czas wrócić do pewnego pięknego Widoku z Okna ;)

Dziękuję Wam serdecznie za wasze wszystkie komentarze
Marii Rolvik - akurat w tym roku nie miałam czasu na buszowanie po sklepach Agory. Pasmanterii szukałam w Radzionkowie, ale sklep mi zlikwidowali...
Agulek - mam nadzieję, że moje Malwy też wkrótce zawisną na ścianie, choć chyba jeszcze nie w tym roku ;)

Pozdrawiam wszystkich

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wakacje, słońca, morze, plaża...

Wróć.....
Troszkę się rozpędziłam z tym tytułem, bo choć wakacje były, to niestety nie nad morzem i nie na plaży a w bardziej miejskich klimatach.
Tak więc jeszcze raz - Wakacje...
Zaplanowaliśmy pobyt w Polsce pomiędzy 17 lipca a 3 sierpnia. Niestety nie mogliśmy jechać naszym własnym samochodem. Kto czyta tego bloga z pewnością pamięta zeszłoroczne perypetie jakie spotkały nas w drodze do Polski. Kto nie pamięta to odsyłam do TEGO posta.
Niestety nasze autko nie opłaca się naprawiać, bo koszt naprawy przekroczy jego aktualną wartość. Można nim jeździć na krótkich dystansach, ale nie w tak daleką drogę jak z Holandii do Polski.
Musieliśmy skorzystać w usług firmy przewozowej.
Korzystając z tego, że nie jestem kierowcą tylko pasażerem (i żeby się nie nudzić) postanowiłam sobie troszkę pohaftować. Na wakacje wzięłam coś kompletnie nowego i przez pierwsze 2-3 godziny jazdy zdążyłam postawić dość sporo krzyżyków:
Bus którym jechaliśmy był duży i komfortowy. Spod domu wyjeżdżaliśmy około godziny 18.00 więc mogłam haftować dopóki było jasno na dworze. Potem trzeba było grzecznie spać, albo przynajmniej próbować spać.
Myślałam że uda mi się postawić jeszcze kilka krzyżyków rano, ale koło 7.00 rano byliśmy w Krapkowicach gdzie trzeba było sie przesiąść do innego busa. Niestety ten nie był już tak wygodny jak poprzedni. Było w nim ciasnawo i ciemnawo więc wolałam nie męczyć oczu.
Pierwszy tydzień wakacji spędziliśmy u mojej mamy w Bytomiu. Oczywiście nie siedzieliśmy u niej "kołkiem", na to była za piękna pogoda.
Korzystając z tej pięknej pogody bardzo dużo spacerowaliśmy po pobliskim parku. Odwiedziliśmy też rodzinę w Świętochłowicach i w Tychach. U rodziny też nie siedzieliśmy w domu, a na ogródkach działkowych.
Było upalnie i.... mokro, bo oprócz basenu na ogródku w Świętochłowicach i lania się wodą na ogródku w Tychach to jeszcze pozwiedzaliśmy wszystkie możliwe fontanny.
A oto fotorelacja:
I krótkie wyjaśnienie do kolażu:
- taki zabytkowy czerwony tramwaj lini 38 jeździ w Bytomiu ulicą Piekarską. Będąc dzieckiem jeździłam takim codziennie. Bardzo fajna atrakcja dla turystów
- ten żólto-zielony pojazd to trolejbus, wiele takich jeździ po Tychach, moim rodzinnym mieście. Dla mojego dziecka była to nie lada atrakcja zobaczyć "tramwaj bez szyn" lub "autobus na prąd" (to określenia mojego dziecia)
- w Tychach na placu Baczyńskiego, naprzeciw wejścia do dawnego kina Andromeda od niedawna stoi super fontanna przypominająca dmuchawiec. Przynajmniej dla mnie od niedawna, bo 10 lat temu jeszcze jej tam nie było.
- no i jeszcze zdjęcie "kawałka" Katowic, naszego przystanku na trasie Bytom-Tychy, Najbardziej charakterystyczne "Skrzydła" Pomnika Powstańców Śląskich oraz kawałek wyremontowanego ronda (oczywiście musowo zdjęcie z fontanną)
Oprócz chodzenia, spacerowania i jeżdżenia zajmowałam się też moim haftem i po pierwszym tygodniu miałam już tyle:
Odkryłam przy okazji że jak zwykle brakuje mi kolorów. Miałam nadzieję, że gdzieś moje braki uzupełnię...
Drugi tydzień wakacji spędziliśmy u mojej teściowej w Radzionkowie. Tam też nie siedzieliśmy wyłącznie w domu, choć pogoda była zdecydowanie bardziej w kratkę.
Też dużo spacerowaliśmy po okolicy, zwiedzaliśmy stare kąty, porównywaliśmy co się zmieniło na lepsze/gorsze, odwiedziliśmy wszystkie fontanny i place zabaw w okolicy a nawet pojechaliśmy do Chorzowa do Zoo. Fotorelacja poniżej:
Dwie fontanny - jedna w samym Radzionkowie, a druga na Rojcy. Jak wyjeżdżaliśmy 10 lat temu do Holandii to żadnej z nich nie było chyba nawet w planach. Teraz wizerunek miasta zdecydowanie sie poprawił.
Zoo mnie niestety rozczarowało, ale może to nie był mój dzień na zwiedzanie. Było bardzo upalnie, miałam okres, bolał mnie kręgosłup i trochę noga, a do tego obdarły mnie jedyne wygodne buty... Masakra po prostu.
Jednak porównując np Zoo w Ostrawie które zwiedziłam w 2011 roku a to chorzowskie to niestety duży minus na niekorzyść tego drugiego.
Po drugim tygodniu wakacji mojego haftu przybyło:
Niestety nie udało mi się dokupić brakujących kolorów, bo nigdzie nie znalazłam żadnej pasmanterii z mulinami... Zapakowałam więc haft do torby i wróciłam do niego dopiero w domu, po ukończeniu kolejnej strony Victorian Garden, czyli tydzień temu:
I zbliżenie:

Tak wygląda pierwsza strona mojego nowego haftu. Czy ktoś już wie co to będzie?
Jeszcze tak na pamiątkę pobytu w Polsce małe "puzzle" z biletów komunikacji miejskiej:
Oczywiście to jeszcze nie wszystkie bilety, jakie musieliśmy skasować jeżdżąc na trasach Aglomeracji KZK GOP i MZK Tychy. Wszystkich nie zdołałam zatrzymać, ale może to i dobrze, bo chyba nie zmieściłyby się na zdjęciu :)

Dziękuję za Wasze wszystkie komentarze pod moim poprzednim postem
Alchemia Handmade - moja próżność została mile połechtana. Dziękuję bardzo.
Dorota - tęsknić będę zawsze, ale niestety kiedyś to musiało nastąpić

Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 20 sierpnia 2017

Sal Victorian Garden - etap 2

Na początku lipca, w TYM poście pokazywałam Wam postępy w Sal-u Victorian Garden:
Pisałam też, że chciałabym skończyć drugą stronę tego HAED-a zanim pojedziemy na wakacje. Niestety, pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się wtedy skończyć wg planu.
Kiedy 16 lipca wyjeżdżaliśmy busem do Polski mój haft pozostawiony w domu wyglądał tak:
Widać, że niewiele przez te dwa tygodnie przybyło. Słoneczna pogoda zdecydowanie nie sprzyjała haftowaniu. Było też kilka imprez na okoliczność końca szkoły, który u nas wypadał w piątek 7 lipca. Najpierw był szkolny piknik zorganizowany właśnie w ostatni szkolny piątek, a potem jeszcze koleżeńskie spotkanie plastyczne:
Jak widać na załączonym obrazku dziewczynki (w sumie było ich 4) były bardzo kreatywne ;)
Potem była jeszcze kontrola mojej nogi. Lekarz stwierdził, że powoli mogę już wracać do pracy. Powoli, to nie znaczy, że zaraz jutro i na 8h stania czy chodzenia. Powiedział, że wyjazd na wakacje to dobry pomysł, bo będę mogła ćwiczyć chodzenie. Byle bym zbytnio nie przemęczała tej nogi...
 No i zostało najważniejsze przed wyjazdem - PAKOWANIE.
Do walizki (a raczej do podręcznej torby) zapakowałam inny haft. Jaki, to wam napiszę w następnym poście.
Z wakacji wróciliśmy w czwartek 3 sierpnia, dokładnie o 4 rano. Pomijając już fakt, że najpierw trzeba było się wyspać (4 rano - środek nocy) to nie od razu miałam głowę do tego, żeby zabrać się za jakiekolwiek hafty.
Najpierw trzeba było odrobinę "odgruzować" dom... umyć okna, przebrać pościel, wyeksmitować pająki... i pomóc najstarszej córce w wyprowadzce... Znalazła sobie wreszcie małe studio (po naszemu kawalerkę) w pobliskim miasteczku i wyprowadziła się.
Ona musi poznać smak samodzielnego życia, a my może przestaniemy się przez nią kłócić...
Summa summarum kolejna strona Victorian Garden powstawała w wielkich bólach. Do napisania jakiegokolwiek posta też ciężko było mi się zabrać. I chociaż na Wasze blogi zaglądałam codziennie, to żadko zostawiałam tam swój komentarz...
Ale dziś w końcu udało mi się postawić ostatnie krzyżyki drugiej strony HAED-a. Zaraz oczywiście musiałam go sfotografować:
Kanwa wymiętolona, dopiero co zdjęta z tamborka. Górne okno wygląda na krzywe, ale to tylko złudzenie optyczne - pofalowanie materiału :)
Dwie całe strony, czyli gdzieś tyle całości co na poniższym zdjęciu:
Jestem szczęśliwa ale i zmęczona tą pikselozą...
Teraz dla odpoczynku wracam do mojego wakacyjnego haftu, którym pochwalę się już wkrótce.

Bardzo dziękuję że mnie odwiedzacie i komentujecie.
Szczególnie dziękuję za komentarze pod poprzednim postem. Sprawiłyście że czuję się dumna z wykonania tego haftu. Mam bardzo mało haftów z passe i chyba czas to zmienić....
Niestety mój mąż nie nadaje się na "oprawcę" obrazów ;D
Pozdrawiam serdecznie

sobota, 15 lipca 2017

Problemy z oprawą obrazka

Pamiętacie mój ostatni przerywnik pomiędzy HAED-ami?
Tak, chodzi o obrazek Home Sweet Home.
Ostatnio wyglądał tak:

Szukałam wtedy odpowiedniej ramki oraz weny do zaprojektowania napisów, czyli imion członków rodziny, której chciałam ten obrazek podarować.
Z ramką był niemały kłopot, bo wzór jest w kwadracie (35x35), a w tybylczych sklepach (Holandia) takich rozmiarów nie uświadczysz. Na zamawianie przez internet niestety nie miałam czasu a i ceny nie zbyt zachęcały do zakupu.
Kupiłam więc ramkę 40x30 i postanowiłam przymierzyć haft do ramki (lub ramkę do haftu jak kto woli). Oczywiście jak można się było tego spodziewać ramka nijak nie pasowała:
Zasięgnęłam opinii na kilku grupach hafciarskich i niemal wszyscy jednogłośnie doradzali dorobić wzoru u góry i u dołu.
Kiedy w końcu znalazłam wenę i czas na projektowanie napisów przekopałam internet oraz swój zbiór wzorów, wzięłam kartkę i ołówek i zaczęłam kombinować z kilkoma czcionkami.
Na imiona wybrałam taką czcionkę:
A na nazwisko całkiem inną:
Dorobiłam też wzoru u góry i teraz tak prezentowała się całość:
Doszłam do wniosku, że trzeba jednak dorobić wzoru u dołu, czyli przedłużyć te linie. Nie podobało mi się też, że pomimo dodania napisów z tego jednego boku jest jakoś tak pusto. Postanowiłam jednak machnąć te lilijki:
Tu zbliżenie na dół odrazka:
Teraz było zdecydowanie lepiej i haft powędrował do prania i prasowania.
Zadowolona z siebie wsadziłam haft to ramki i ZONK!!
Myślałam że mnie coś trafi!! Kanwa wyprana w 40 stopniach zbiegła się i hat znów nie pasował do ramki....
Na szczęście miałam jeszcze trochę czasu więc popędziłam do sklepu bo kolorowy brystol i zrobiłam małe passe-partout:
Jeszcze próba u mnie na ścianie:
Potem w papier i do sąsiadów - w podziękowaniu za pomoc, jakiej nam udzielają. Przy okazji oddałam berła, bo już mi nie są potrzebne.
Muszę się nieskromnie przyznać, że sąsiedzi byli zaskoczeni takim prezentem i bardzo im się podobało.

Dziękuję za wasze komentarze
Anula - ja czasami też lubię, ale w tym obrazie to już chyba przesada :D
Adrianna Bartnik, magdus208, magdusiaaa - dziękuję
Ewa Staniec-Januszek - wena wróciła, czasu brak :D
Dorota - nie poddam się, bo marzy mi się własnoręcznie wydziergana chusta. Ale to już chyba po wakacjach

Pozdrawiam serdecznie


poniedziałek, 3 lipca 2017

W ślimaczym tempie...

Tak, tytuł posta mówi sam za siebie - to już nie jest żółwie tempo. Moje robótki ręczne powstają w wybitnie ślimaczym tempie. Zresztą jakoś tak mi się ostatnio wydaje że strasznie zwolniłam tempo życia.
Generalnie nie wiem dlaczego, ale nie chce mi się nawet z domu wychodzić - w sensie zakupów czy spacerów.
Jakiś czas temu skończyłam dziergać opaskę na włosy. Robiłam ją warkoczem, którego się właśnie nauczyłam. Mam nawet zdjęcia tej opaski, ale musiała ona swoje odleżeć w koszyczku zanim została obfotografowana:
Troszkę źle odmierzyłam i za szybko zaczęłam robić zakończenie i dlatego opaska jest niesymetryczna względem szwu:
No ale każdy popełnia błędy, szczególnie osoba początkująca. Następna zdecydowanie będzie lepsza.
No to jeszcze się pochwalę zakupem:
Bawełna 100%. Mam zamiar wydziergać z niej chustę Efekt Motyla wg wzoru pani Iwony Eriksson. Czy mi wyjdzie to się jeszcze okaże, bo chociaż byłam bardzo podekscytowana gdy włoczka przyszła, to jeszcze jakoś nie zdecydowałam się zacząć chusty...
Zabrałam się za to za mój Mini Victorian Garden. Oj te krzyżyki to mi dały popalić. Na dodatek w trakcie haftowania widać tylko i wyłącznie pikselozę, która zdecydowanie nie zachęca do dalszej pracy. Dopiero jak się spojrzy z pewnej odległości...
Dopiero wtedy widać, że coś wychodzi, że wyłania się konkretny pejzaż...
Jestem w połowie drugiej strony A4. Byłoby więcej ale pomimo tego ze siedzę w domu i nic nie robię to jakoś nie mogłam się zmobilizować do regularnego haftowania. Na dodatek ilekroć wybrałam się z haftem do ogrodu to niemal nic z tego haftowania nie wychodziło.
Czemu? Ano temu, że jak tylko siadałam wygodnie w ogrodowym fotelu to oczy same mi się zamykały i kończyło się na drzemce na świeżym powietrzu... N a potem to już trzeba było zająć się domowymi obowiązkami, obiadem, czy pojechać na zakupy i odebrać dziecko ze szkoły.
Mogę nawet powiedzieć, że od kiedy jest chłodno i deszczowo to więcej krzyżyków przybyło ;)
Teraz muszę się trochę sprężyć, bo za dwa tygodnie wyjeżdżamy na wakacje do Polski. Do tej pory chciałabym mieć ukończoną drugą stronę wzoru.  A do Polski chciałabym zabrać inny haft.
Może będzie to nawet coś nowego, kto wie...

Jeśli chodzi o problemy zdrowotne, to z zębami mam na razie spokój. Szczękościsk też już odpuścił, więc mogę jeść wszystko i śmiać się "pełną gębą".
Noga jeszcze pobolewa, ale to normalne, bo teraz już więcej chodzę. Przyznam się, że nawet miałam już na nogach szpilki na obcasie...
Syn ukończył holenderską szkołę ponadpodstawową - coś jak połączenie naszego gimnazjum ze szkołą przygotowującą do zawodu. Trzeba było odebrać dyplom ukończenia. I na tę uroczystość trzeba było ubrać się odrobinę lepiej niż idąc po kapustę do warzywniaka. Dlatego była sukienka i buty na obcasie. Cała impreza trwała 2h, na szczęście wszystko odbywało się na siedząco więc noga bardzo nie ucierpiała.
W następnym tygodniu znowu "pielgrzymka" po lekarzach - w poniedziałek czeka mnie prześwietlenie i wizyta u lekarza, a w czwartek będą wyniki z cytologii.
Jutro muszę zrobić badanie krwi na tarczycę i poziom wit. B
Mam nadzieję ze wszystko będzie ok i spokojnie będę mogła jechać na wakacje.

Dziękuję za wasze wszystkie komentarze i za życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
Ja się to wszystko czyta, to aż cieplutko się robi na sercu i wszystkie problemy wydają się robić coraz mniejsze.
Ja do Was też zaglądam - co wieczór, ale nie zawsze zostawię komentarz. Wybaczcie...

Pozdrawiam Was serdecznie

sobota, 17 czerwca 2017

Robótkowy chaos i niemoc...

Dawno mnie tutaj nie było i czas nadrobić zaległości. Dlatego dziś znowu będzie hurtem, czyli o wszystkim co powstało podczas mojej nieobecności.
Niestety powstało niewiele, bo ostatnio coś mi się komplikuje zdrowie.
Ale po kolei.
Ostatnio chwaliłam się ukończonym SAL-em Tea Time, a jeszcze wcześniej pokazywałam nowy obraz z serii Home Sweet Home.
Pisałam wtedy, że pełno w nim półkrzyżyków. Na moje szczęście ja zorientowałam się trochę za późno i zaczęłam haftować pełnymi krzyżykami i postanowiłam nie pruć tego, co już miałam zrobione. Dlatego półkrzyżyki zrobiłam tylko i wyłącznie tam, gdzie były one już niezbędne.
Czyli tu:
 i tu:
Osobiście półkrzyżyków nie lubię, ale muszę przyznać, że akurat w tym wzorze ona idealnie pasują. Sprawiają że napis w pewnym sensie robi się jakby trójwymiarowy.
Całość w chwili obecnej wygląda tak:
I tu muszę dodać, że ten haft nie jest jeszcze ukończony. Tam gdzie na kanwie jest jeszcze puste miejsce, we wzorze są jakby haftowane lilijki:
W oryginale są ona haftowane muliną B5200 którą ja w swoim hafcie wymieniłam na 762. Białego na białej kanwie nie widać, a jasnoszary już tak. No i te "lilijki" mi się tam nie widzą. Zamiast tego planuję wyhaftować tam imiona członków rodziny, której zamierzam ten haft podarować.
Brakuje tylko weny do zaprojektowania napisów....
Tymczasem zaraz na początku czerwca haft powędrował do pudła, a ja zajęłam się moja resztką włóczki i zaczęłam uczyć się warkoczy:
Żeby nie było tak łatwo to od razu dwa, a co sobie będę żałować... To co widać na powyższym zdjęciu powstało w jeden wieczór. Ale przez noc mi się "uwidziało" coś innego i dlatego całość sprułam i zaczęłam raz jeszcze:
To już mu się bardziej podobało więc postanowiłam zrobić z tego opaskę na włosy. Wiecie, taką jaką się nosi zimą zamiast czapki.
Po jednym dniu mogłam się już pochwalić niezłym urobkiem:
I zbliżenie:

Jeszcze trochę brakuje do końca, ale niestety zabrakło włóczki i trzeba było po nią jechać do sklepu. Także i ta robótka powędrowała "na trochę" do pudła. Ja zaś postanowiłam wrócić do mojego drugiego HAED-a - Victorian Garden.
Niestety los się na mnie uwziął i po postawieniu kilkudziesięciu krzyżyków dostałam takiego bólu zęba, że na tabletkach przeciwbólowych przespałam 4 dni....
Ząb który zaczął mi tak dokuczać to dolna ósemka, czyli tzw ząb mądrości. Ból spowodował opuchliznę węzłów chłonnych oraz szczękościsk...
Od piątku do poniedziałku na ketonalu - ból mijał, ale ja byłam nie do życia - spałam 24h/dobę...
Wizytę u dentysty miałam dopiero na wtorek i jakoś musiałam to wytrzymać.
Diagnoza była jedna - usunąć. Na szczęście tu obyło się bez zbędnych komplikacji - dwa zastrzyki znieczulające, potem jeszcze jakieś inne znieczulające "psik, psik" i nawet się nie zorientowałam kiedy było po wszystkim.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale po tym znieczuleniu oraz po zaleconych przez dentystę tabletkach przeciwbólowych przespałam kolejne dwa dni....
Od czwartku jakoś funkcjonuję. Zmniejszyłam ilość przyjmowanych tabletek przeciwbólowych, zmniejszył się ból po wyrwanym zębie i po zastrzykach znieczulających ale niestety pozostał szczękościsk... O ile mówię prawie normalnie to zjedzenie czegokolwiek graniczy z cudem. Przez weekend nie zjadłam prawie nic, a od poniedziałku jestem na diecie "grysikowej" - grysik na mleku plus mus jabłkowy... Czasem gotowany zimny kartofel, czy jak dziś rozgotowany krupnik...
W międzyczasie byłam jeszcze u mojego chirurga, żeby usłyszeć od niego, że "noga jest zrośnięta na 80%, proszę nadal na siebie uważać, próbować chodzić bez bereł i bez tej skarpety uciskowej, proszę ciężko nie dźwigać i generalnie chodzić ale nogę oszczędzać"... Kolejna wizyta za 4 tygodnie.
Do tego w pakiecie mam chyba problemy z hormonami. W przeciągu 45 dni już po raz 4 mam "kobiecą przypadłość". Dwa razy terminowo, a dwa razy tak sobie nagle w środku cyklu....
Niby mogłabym to tłumaczyć zastrzykami przeciwzakrzepowymi czy stresem związanym z zębem, no i z ilością zjedzonego ketonalu, ale w sumie mam już prawie 46 lat i to może być całkiem coś innego. Generalnie raz już byłam w tej sprawie u rodzinnego, ale tłumaczono mi wtedy ze to może być związane ze stresem. Ale gdy się powtórzy mam wrócić. Tak więc w poniedziałek czeka mnie kolejna wizyta...

No ale dość już o zdrowiu i problemach. Teraz czas się pochwalić postępami w Victorian Garden. Razem z krzyżykami postawionymi przed problemami z zębem na dzień dzisiejszy mam tyle:
To 3 kolumny na wysokość 50 rzędów. Do górnej krawędzi brakuje kolejne 50 rzędów, ale musiałam przełożyć tamborek. Całość wygląda tak:
Dziś udało mi się już postawić kilka krzyżyków więcej więc mam nadzieję ze teraz to już poleci z górki i niedługo będę mogła pochwalić się kolejną pełną stroną wzoru.
To by było na tyle.
Przepraszam za te zdrowotne wywody, ale jakoś tak musiałam....

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze. Ja do was już też pozaglądałam, ale nie wszędzie zostawiłam komentarz - wybaczcie...
Dorota - dziękuję i obiecuję uważać :)
Karolina - postaram się nie zapomnieć, ale to może potrwać zanim go oprawię ;)
Katarzyna - ja też wolę kupować sama, ale czasem po prostu się nie da :)
Agnieszka Wardzińska - jak mogłaś przeczytać powyżej ja nie szaleję... ;)
Małgorzata Zoltek - byłam i widziałam - faktycznie przyciasna odrobinkę, ale bardzo ładna

Pozdrawiam serdecznie





sobota, 3 czerwca 2017

SAL Tea Time - motyw 9 - ostatni

Jako że dziś pierwsza sobota czerwca to czas pokazać kolejny motyw z SAL-u Tea Time.
Oto cukier i śmietanka:

Niestety to już jest ostatni motyw...
Tak oto prezentuje się całość:
Jest pięknie, a byłoby jeszcze piękniej gdyby było w ramce.  Kilka miesięcy temu obiecałam sama sobie, że tym razem całość pokażę już w ramce....
Niestety złamana noga nie pozwoliła jechać do sklepu, a domownicy powiedzieli, że "oni się na ramkach nie znają". Tak więc kolejny nieoprawiony obrazek z zakończonego SAL-u.
Agatko bardzo serdecznie dziękuję za zabawę.
Pozdrawiam

Dziewczyny nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, że nie mam już gipsu. Przez pierwsze kilka dni po jego zdjęciu jeszcze dużo siedziałam, bo noga wciąż była w sińcach i bolało w miejscu złamania. Powoli jednak codziennie więcej próbowałam chodzić, byłam już nawet w pobliskim sklepie - oczywiście z berłami. Powoli zaczynam przejmować obowiązki domowe, a wczoraj ubrana w sztywne buty nawet jechałam samochodem.
Ale nadal dużo odpoczywam z nogą w górze i robię tak, żeby nie forsować się za bardzo.
Czasem mnie tak dziwnie szczypie w miejscu złamania. To takie bardzo dziwne uczucie...
No i nadal pobolewa stłuczona kostka. I tu obawiam się, że to się będzie ciągnęło zdecydowanie dłużej, ale zobaczymy.

Dziękuję wam za troskę i życzenia powrotu do zdrowia.
Katarzyna - ja też tak zawsze o sobie myślałam, a jednak sama się sobie dziwię że mi się ta czapka udała. Natomiast w Home większość półkrzyżyków zrobiłam pełnym krzyżykiem i powiem ci, że wygląda to całkiem fajnie.
Ewa Staniec-Januszek - dziękuję, dla mnie też wciąż nie wszystko jest jasne
Dorota - będę uważać, dziękuję
Agnieszka Wardzińska, Anek73 - z wolnego trzeba korzystać, więc i hafcik i druty iulubiony serial ;)

wtorek, 23 maja 2017

Wszystkiego po trochę

Odnośnie drutów to trochę się zawzięłam i postanowiłam zrobić coś użytecznego, a nie tylko samą próbkę.
Dlatego włączyłam kolejną lekcję kursu, a tam... czapka
Iwona pokazywała jak robić ciepłą, zimową czapę a dwóch kolorów grubej włóczki na grubych drutach. Ja takiej nie miałam, więc postanowiłam zrobić czapkę dla córki z tego co mam, czyli z tej kremowej akrylowej włóczki co próbka.
Kilka razu oglądałam lekcję, zanim zaczęłam. Czapka to przecież nie byle jaka próbka - trzeba było obliczyć odpowiednią ilość oczek, zobaczyć jak się chowa nitki oraz jak taką czapką zakończyć i zszyć.
Postanowiłam jednak nie oglądać lekcji "na sucho", tylko aktywnie i dlatego zaczęłam sobie dziergać - najpierw kilka rzędów ściągacza, potem oczka prawe i lewe, a potem...:
Jak widać na załączonym obrazku zachciało mi się ażuru na czapce.... Ile razy prułam to wiem tylko ja - nie liczyłam.
Ja chciałam czapkę zrobić niejako w w tajemnicy i dlatego po kryjomu przed córką robótkę mierzyłam z jej bawełnianą czapką z motywem z Krainy Lodu. Wydawało się okej i dlatego wg kursu czapkę zakończyłam, zszyłam i przymierzyłam córce...
I tu zonk - czapka jest za mała!!! Modelka nie chce współpracować dlatego zdjęcie jakie jest każdy widzi:
Nie chciałam tego pruć, bo bałam się że włoczka się zmechaci czy przerwie. Podarowałam więc czapkę komuś innemu:
Niestety z kolei tu czapka była za duża, stąd najpierw musiałam ją podwinąć a potem zrobić sznureczki do związania :D
Uparłam się jednak, że czapka musi powstać! Walczyłam dzielnie całą niedzielę i oto efekty:
Czapka pasuje idealnie, modelka zadowolona. Ale... zrobiło się za ciepło na taką czapkę i niestety powędrowała do szuflady. Ale i tak jestem z siebie mega dumna :D
Czas wziąć się do kolejnej lekcji, ale zostało mi niewiele włoczki:
Nie bardzo wiem, co z takiej ilości mogę zrobić, a na zakupy chwilowo się nie wybieram bo nie mam jak. A muszę niestety sama...
To tyle z frontu włóczkowo-drutkowego.
Kolejna moja robótka, to był taki malutki przerywnik pomiędzy drutami a haftem. Zrobiłam bowiem aż 3 karteczki. Wow, szaleństwo ;)
Pierwsza karteczka poleciała do mojej chrześnicy z okazji roczku:
Taka mała skromna karteczka. Zapomniałam zrobić zdjęcia wnętrza karteczki, gdzie oprócz życzeń była jeszcze naklejka ze zwierzątkami i słonecznikiem - gapa ze mnie....
Dwie kolejne karteczki wczoraj zostały wysłane do mojej mamy i teściowej:
Kartki są niemal identyczne, a to z tego powodu, żeby żadna z Pań (a szczególnie moje teściowa) nie poczuła się w jakiś sposób gorsza... Kto ma teściową to chyba wie o czym mówię...

A teraz powrót do czegoś, co tygryski lubią najbardziej, czyli do krzyżyków :)
Ostatnio pokazywałam Wam "mały" przerywnik pomiędzy HAED-ami. Wtedy wyglądał tak:
Kilka z was rozpoznało ten wzór, albo domyślało się co to może być.
To oczywiście jeden z wielu wzorów z napisem "Home Sweet Home". Tak wygląda w oryginale:
Bardzo mi się spodobał i w zasadzie szukałam okazji żeby go wyhaftować. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że haft składa się z bardzo dużej ilości półkrzyżyków. Generalnie zorientowałam się dopiero zaczynając haftować litery. Uświadomiłam sobie bowiem że pewne symbole wzoru haftowane są tymi samymi kolorami...
Postanowiłam jednak nie pruć i zostawić te całe krzyżyki, które miałam już zrobione. Głównie chodzi o linie na dole haftu
Zanim zaczęłam "drutkowanie" mój haft wyglądał tak:
Jednak półkrzyżyki w mojej wersji też występują. Między innymi w dolnym "M", oraz w całym górnym "HOME".
Półkrzyżykiem powinnam tez zrobić te wszystkie wzorki okalające napis "Home Sweet Home:, jednak tutaj już mi te połówki nie pasowały i wszystko machnęłam pełnym krzyżykiem. To taka moja prywatna wersja tego wzorku ;)
Wczoraj haft musiałam odłożyć, bo jak to zwykle u mnie bywa zabrakło jednego koloru:
Mogłabym haftować tym co mam, ale odpuściłam. Poczekam na dostawę muliny :)
Teraz wracam do Mini Victoria Garden. czas na stronę nr 2 :)

Ach, zapomniałabym... Z nogą jest dobrze. Na tyle dobrze, że nie potrzebuję już gipsu. W zamian za to dostałam specjalny usztywniający bandaż elastyczny, czyli jak jak to mówię skarpetkę uciskową:
Jest dużo lżej, a najważniejsze że można toto zdejmować do kąpieli i na noc...
Moja skóra łuszczy się brzydko i muszę ją mocno i często nawilżać kremami i balsamami. Do tego okolice palców wciąż są w delikatnych siniakach....
Teraz muszę się powoli nauczyć chodzić bez tego gipsu. Jest ciężko, bo boli podeszwa w miejscu złamanej kości, która wg lekarza "ładnie się zrasta". Czyli jeszcze nie do końca się zrosła. Mam zgrubienie w miejscu złamania, ale nie boli przy dotyku. Boli za to stłuczona kostka a raczej staw skokowy. Miałam z tym problem już kilka lat temu, kiedy dosłownie stanęłam sobie na kostce i trochę boję się powtórki...
Teraz spaceruję sobie powolutku z berłami po domu i ogródku. I nadal odpoczywam.
Za trzy tygodnie czeka mnie kolejne prześwietlenie i wizyta u lekarza.

Dziękuję za wszystkie komentarze.
Cytrulina - ja raczej nie zostanę zawodową dziewiarką, ale uważam, że to tak fajnie jak się umie zrobić cokolwiek własnymi rękami - coś uszyć, wydziergać, zrobić na szydełku...
eleila - no właśnie mi tez nigdy wcześniej samej nic nie wychodziło, a to co uczyliśmy się w szkole podstawowej to było robione z pomocą mamy
Dorota - już na szczęście gipsu się pozbyłam ;)
Ulcia - podniosłaś mnie na duchu ;)
Magdalena Betlej - do tej wymarzonej chusty to niestety jeszcze droga daleka :D
Monika Blezień - Bycie królową jest fajne, pod warunkiem ze domownicy robią to o co prosisz. U mnie niestety trzeba się bardzo długo prosić o pewne rzeczy. Ale już na szczęście jest lepiej. Życzę ci żebyś nigdy tego gipsu nie doświadczyła...

Pozdrawiam wszystkich serdecznie