sobota, 15 lipca 2017

Problemy z oprawą obrazka

Pamiętacie mój ostatni przerywnik pomiędzy HAED-ami?
Tak, chodzi o obrazek Home Sweet Home.
Ostatnio wyglądał tak:

Szukałam wtedy odpowiedniej ramki oraz weny do zaprojektowania napisów, czyli imion członków rodziny, której chciałam ten obrazek podarować.
Z ramką był niemały kłopot, bo wzór jest w kwadracie (35x35), a w tybylczych sklepach (Holandia) takich rozmiarów nie uświadczysz. Na zamawianie przez internet niestety nie miałam czasu a i ceny nie zbyt zachęcały do zakupu.
Kupiłam więc ramkę 40x30 i postanowiłam przymierzyć haft do ramki (lub ramkę do haftu jak kto woli). Oczywiście jak można się było tego spodziewać ramka nijak nie pasowała:
Zasięgnęłam opinii na kilku grupach hafciarskich i niemal wszyscy jednogłośnie doradzali dorobić wzoru u góry i u dołu.
Kiedy w końcu znalazłam wenę i czas na projektowanie napisów przekopałam internet oraz swój zbiór wzorów, wzięłam kartkę i ołówek i zaczęłam kombinować z kilkoma czcionkami.
Na imiona wybrałam taką czcionkę:
A na nazwisko całkiem inną:
Dorobiłam też wzoru u góry i teraz tak prezentowała się całość:
Doszłam do wniosku, że trzeba jednak dorobić wzoru u dołu, czyli przedłużyć te linie. Nie podobało mi się też, że pomimo dodania napisów z tego jednego boku jest jakoś tak pusto. Postanowiłam jednak machnąć te lilijki:
Tu zbliżenie na dół odrazka:
Teraz było zdecydowanie lepiej i haft powędrował do prania i prasowania.
Zadowolona z siebie wsadziłam haft to ramki i ZONK!!
Myślałam że mnie coś trafi!! Kanwa wyprana w 40 stopniach zbiegła się i hat znów nie pasował do ramki....
Na szczęście miałam jeszcze trochę czasu więc popędziłam do sklepu bo kolorowy brystol i zrobiłam małe passe-partout:
Jeszcze próba u mnie na ścianie:
Potem w papier i do sąsiadów - w podziękowaniu za pomoc, jakiej nam udzielają. Przy okazji oddałam berła, bo już mi nie są potrzebne.
Muszę się nieskromnie przyznać, że sąsiedzi byli zaskoczeni takim prezentem i bardzo im się podobało.

Dziękuję za wasze komentarze
Anula - ja czasami też lubię, ale w tym obrazie to już chyba przesada :D
Adrianna Bartnik, magdus208, magdusiaaa - dziękuję
Ewa Staniec-Januszek - wena wróciła, czasu brak :D
Dorota - nie poddam się, bo marzy mi się własnoręcznie wydziergana chusta. Ale to już chyba po wakacjach

Pozdrawiam serdecznie


poniedziałek, 3 lipca 2017

W ślimaczym tempie...

Tak, tytuł posta mówi sam za siebie - to już nie jest żółwie tempo. Moje robótki ręczne powstają w wybitnie ślimaczym tempie. Zresztą jakoś tak mi się ostatnio wydaje że strasznie zwolniłam tempo życia.
Generalnie nie wiem dlaczego, ale nie chce mi się nawet z domu wychodzić - w sensie zakupów czy spacerów.
Jakiś czas temu skończyłam dziergać opaskę na włosy. Robiłam ją warkoczem, którego się właśnie nauczyłam. Mam nawet zdjęcia tej opaski, ale musiała ona swoje odleżeć w koszyczku zanim została obfotografowana:
Troszkę źle odmierzyłam i za szybko zaczęłam robić zakończenie i dlatego opaska jest niesymetryczna względem szwu:
No ale każdy popełnia błędy, szczególnie osoba początkująca. Następna zdecydowanie będzie lepsza.
No to jeszcze się pochwalę zakupem:
Bawełna 100%. Mam zamiar wydziergać z niej chustę Efekt Motyla wg wzoru pani Iwony Eriksson. Czy mi wyjdzie to się jeszcze okaże, bo chociaż byłam bardzo podekscytowana gdy włoczka przyszła, to jeszcze jakoś nie zdecydowałam się zacząć chusty...
Zabrałam się za to za mój Mini Victorian Garden. Oj te krzyżyki to mi dały popalić. Na dodatek w trakcie haftowania widać tylko i wyłącznie pikselozę, która zdecydowanie nie zachęca do dalszej pracy. Dopiero jak się spojrzy z pewnej odległości...
Dopiero wtedy widać, że coś wychodzi, że wyłania się konkretny pejzaż...
Jestem w połowie drugiej strony A4. Byłoby więcej ale pomimo tego ze siedzę w domu i nic nie robię to jakoś nie mogłam się zmobilizować do regularnego haftowania. Na dodatek ilekroć wybrałam się z haftem do ogrodu to niemal nic z tego haftowania nie wychodziło.
Czemu? Ano temu, że jak tylko siadałam wygodnie w ogrodowym fotelu to oczy same mi się zamykały i kończyło się na drzemce na świeżym powietrzu... N a potem to już trzeba było zająć się domowymi obowiązkami, obiadem, czy pojechać na zakupy i odebrać dziecko ze szkoły.
Mogę nawet powiedzieć, że od kiedy jest chłodno i deszczowo to więcej krzyżyków przybyło ;)
Teraz muszę się trochę sprężyć, bo za dwa tygodnie wyjeżdżamy na wakacje do Polski. Do tej pory chciałabym mieć ukończoną drugą stronę wzoru.  A do Polski chciałabym zabrać inny haft.
Może będzie to nawet coś nowego, kto wie...

Jeśli chodzi o problemy zdrowotne, to z zębami mam na razie spokój. Szczękościsk też już odpuścił, więc mogę jeść wszystko i śmiać się "pełną gębą".
Noga jeszcze pobolewa, ale to normalne, bo teraz już więcej chodzę. Przyznam się, że nawet miałam już na nogach szpilki na obcasie...
Syn ukończył holenderską szkołę ponadpodstawową - coś jak połączenie naszego gimnazjum ze szkołą przygotowującą do zawodu. Trzeba było odebrać dyplom ukończenia. I na tę uroczystość trzeba było ubrać się odrobinę lepiej niż idąc po kapustę do warzywniaka. Dlatego była sukienka i buty na obcasie. Cała impreza trwała 2h, na szczęście wszystko odbywało się na siedząco więc noga bardzo nie ucierpiała.
W następnym tygodniu znowu "pielgrzymka" po lekarzach - w poniedziałek czeka mnie prześwietlenie i wizyta u lekarza, a w czwartek będą wyniki z cytologii.
Jutro muszę zrobić badanie krwi na tarczycę i poziom wit. B
Mam nadzieję ze wszystko będzie ok i spokojnie będę mogła jechać na wakacje.

Dziękuję za wasze wszystkie komentarze i za życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
Ja się to wszystko czyta, to aż cieplutko się robi na sercu i wszystkie problemy wydają się robić coraz mniejsze.
Ja do Was też zaglądam - co wieczór, ale nie zawsze zostawię komentarz. Wybaczcie...

Pozdrawiam Was serdecznie

sobota, 17 czerwca 2017

Robótkowy chaos i niemoc...

Dawno mnie tutaj nie było i czas nadrobić zaległości. Dlatego dziś znowu będzie hurtem, czyli o wszystkim co powstało podczas mojej nieobecności.
Niestety powstało niewiele, bo ostatnio coś mi się komplikuje zdrowie.
Ale po kolei.
Ostatnio chwaliłam się ukończonym SAL-em Tea Time, a jeszcze wcześniej pokazywałam nowy obraz z serii Home Sweet Home.
Pisałam wtedy, że pełno w nim półkrzyżyków. Na moje szczęście ja zorientowałam się trochę za późno i zaczęłam haftować pełnymi krzyżykami i postanowiłam nie pruć tego, co już miałam zrobione. Dlatego półkrzyżyki zrobiłam tylko i wyłącznie tam, gdzie były one już niezbędne.
Czyli tu:
 i tu:
Osobiście półkrzyżyków nie lubię, ale muszę przyznać, że akurat w tym wzorze ona idealnie pasują. Sprawiają że napis w pewnym sensie robi się jakby trójwymiarowy.
Całość w chwili obecnej wygląda tak:
I tu muszę dodać, że ten haft nie jest jeszcze ukończony. Tam gdzie na kanwie jest jeszcze puste miejsce, we wzorze są jakby haftowane lilijki:
W oryginale są ona haftowane muliną B5200 którą ja w swoim hafcie wymieniłam na 762. Białego na białej kanwie nie widać, a jasnoszary już tak. No i te "lilijki" mi się tam nie widzą. Zamiast tego planuję wyhaftować tam imiona członków rodziny, której zamierzam ten haft podarować.
Brakuje tylko weny do zaprojektowania napisów....
Tymczasem zaraz na początku czerwca haft powędrował do pudła, a ja zajęłam się moja resztką włóczki i zaczęłam uczyć się warkoczy:
Żeby nie było tak łatwo to od razu dwa, a co sobie będę żałować... To co widać na powyższym zdjęciu powstało w jeden wieczór. Ale przez noc mi się "uwidziało" coś innego i dlatego całość sprułam i zaczęłam raz jeszcze:
To już mu się bardziej podobało więc postanowiłam zrobić z tego opaskę na włosy. Wiecie, taką jaką się nosi zimą zamiast czapki.
Po jednym dniu mogłam się już pochwalić niezłym urobkiem:
I zbliżenie:

Jeszcze trochę brakuje do końca, ale niestety zabrakło włóczki i trzeba było po nią jechać do sklepu. Także i ta robótka powędrowała "na trochę" do pudła. Ja zaś postanowiłam wrócić do mojego drugiego HAED-a - Victorian Garden.
Niestety los się na mnie uwziął i po postawieniu kilkudziesięciu krzyżyków dostałam takiego bólu zęba, że na tabletkach przeciwbólowych przespałam 4 dni....
Ząb który zaczął mi tak dokuczać to dolna ósemka, czyli tzw ząb mądrości. Ból spowodował opuchliznę węzłów chłonnych oraz szczękościsk...
Od piątku do poniedziałku na ketonalu - ból mijał, ale ja byłam nie do życia - spałam 24h/dobę...
Wizytę u dentysty miałam dopiero na wtorek i jakoś musiałam to wytrzymać.
Diagnoza była jedna - usunąć. Na szczęście tu obyło się bez zbędnych komplikacji - dwa zastrzyki znieczulające, potem jeszcze jakieś inne znieczulające "psik, psik" i nawet się nie zorientowałam kiedy było po wszystkim.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale po tym znieczuleniu oraz po zaleconych przez dentystę tabletkach przeciwbólowych przespałam kolejne dwa dni....
Od czwartku jakoś funkcjonuję. Zmniejszyłam ilość przyjmowanych tabletek przeciwbólowych, zmniejszył się ból po wyrwanym zębie i po zastrzykach znieczulających ale niestety pozostał szczękościsk... O ile mówię prawie normalnie to zjedzenie czegokolwiek graniczy z cudem. Przez weekend nie zjadłam prawie nic, a od poniedziałku jestem na diecie "grysikowej" - grysik na mleku plus mus jabłkowy... Czasem gotowany zimny kartofel, czy jak dziś rozgotowany krupnik...
W międzyczasie byłam jeszcze u mojego chirurga, żeby usłyszeć od niego, że "noga jest zrośnięta na 80%, proszę nadal na siebie uważać, próbować chodzić bez bereł i bez tej skarpety uciskowej, proszę ciężko nie dźwigać i generalnie chodzić ale nogę oszczędzać"... Kolejna wizyta za 4 tygodnie.
Do tego w pakiecie mam chyba problemy z hormonami. W przeciągu 45 dni już po raz 4 mam "kobiecą przypadłość". Dwa razy terminowo, a dwa razy tak sobie nagle w środku cyklu....
Niby mogłabym to tłumaczyć zastrzykami przeciwzakrzepowymi czy stresem związanym z zębem, no i z ilością zjedzonego ketonalu, ale w sumie mam już prawie 46 lat i to może być całkiem coś innego. Generalnie raz już byłam w tej sprawie u rodzinnego, ale tłumaczono mi wtedy ze to może być związane ze stresem. Ale gdy się powtórzy mam wrócić. Tak więc w poniedziałek czeka mnie kolejna wizyta...

No ale dość już o zdrowiu i problemach. Teraz czas się pochwalić postępami w Victorian Garden. Razem z krzyżykami postawionymi przed problemami z zębem na dzień dzisiejszy mam tyle:
To 3 kolumny na wysokość 50 rzędów. Do górnej krawędzi brakuje kolejne 50 rzędów, ale musiałam przełożyć tamborek. Całość wygląda tak:
Dziś udało mi się już postawić kilka krzyżyków więcej więc mam nadzieję ze teraz to już poleci z górki i niedługo będę mogła pochwalić się kolejną pełną stroną wzoru.
To by było na tyle.
Przepraszam za te zdrowotne wywody, ale jakoś tak musiałam....

Dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze. Ja do was już też pozaglądałam, ale nie wszędzie zostawiłam komentarz - wybaczcie...
Dorota - dziękuję i obiecuję uważać :)
Karolina - postaram się nie zapomnieć, ale to może potrwać zanim go oprawię ;)
Katarzyna - ja też wolę kupować sama, ale czasem po prostu się nie da :)
Agnieszka Wardzińska - jak mogłaś przeczytać powyżej ja nie szaleję... ;)
Małgorzata Zoltek - byłam i widziałam - faktycznie przyciasna odrobinkę, ale bardzo ładna

Pozdrawiam serdecznie





sobota, 3 czerwca 2017

SAL Tea Time - motyw 9 - ostatni

Jako że dziś pierwsza sobota czerwca to czas pokazać kolejny motyw z SAL-u Tea Time.
Oto cukier i śmietanka:

Niestety to już jest ostatni motyw...
Tak oto prezentuje się całość:
Jest pięknie, a byłoby jeszcze piękniej gdyby było w ramce.  Kilka miesięcy temu obiecałam sama sobie, że tym razem całość pokażę już w ramce....
Niestety złamana noga nie pozwoliła jechać do sklepu, a domownicy powiedzieli, że "oni się na ramkach nie znają". Tak więc kolejny nieoprawiony obrazek z zakończonego SAL-u.
Agatko bardzo serdecznie dziękuję za zabawę.
Pozdrawiam

Dziewczyny nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, że nie mam już gipsu. Przez pierwsze kilka dni po jego zdjęciu jeszcze dużo siedziałam, bo noga wciąż była w sińcach i bolało w miejscu złamania. Powoli jednak codziennie więcej próbowałam chodzić, byłam już nawet w pobliskim sklepie - oczywiście z berłami. Powoli zaczynam przejmować obowiązki domowe, a wczoraj ubrana w sztywne buty nawet jechałam samochodem.
Ale nadal dużo odpoczywam z nogą w górze i robię tak, żeby nie forsować się za bardzo.
Czasem mnie tak dziwnie szczypie w miejscu złamania. To takie bardzo dziwne uczucie...
No i nadal pobolewa stłuczona kostka. I tu obawiam się, że to się będzie ciągnęło zdecydowanie dłużej, ale zobaczymy.

Dziękuję wam za troskę i życzenia powrotu do zdrowia.
Katarzyna - ja też tak zawsze o sobie myślałam, a jednak sama się sobie dziwię że mi się ta czapka udała. Natomiast w Home większość półkrzyżyków zrobiłam pełnym krzyżykiem i powiem ci, że wygląda to całkiem fajnie.
Ewa Staniec-Januszek - dziękuję, dla mnie też wciąż nie wszystko jest jasne
Dorota - będę uważać, dziękuję
Agnieszka Wardzińska, Anek73 - z wolnego trzeba korzystać, więc i hafcik i druty iulubiony serial ;)

wtorek, 23 maja 2017

Wszystkiego po trochę

Odnośnie drutów to trochę się zawzięłam i postanowiłam zrobić coś użytecznego, a nie tylko samą próbkę.
Dlatego włączyłam kolejną lekcję kursu, a tam... czapka
Iwona pokazywała jak robić ciepłą, zimową czapę a dwóch kolorów grubej włóczki na grubych drutach. Ja takiej nie miałam, więc postanowiłam zrobić czapkę dla córki z tego co mam, czyli z tej kremowej akrylowej włóczki co próbka.
Kilka razu oglądałam lekcję, zanim zaczęłam. Czapka to przecież nie byle jaka próbka - trzeba było obliczyć odpowiednią ilość oczek, zobaczyć jak się chowa nitki oraz jak taką czapką zakończyć i zszyć.
Postanowiłam jednak nie oglądać lekcji "na sucho", tylko aktywnie i dlatego zaczęłam sobie dziergać - najpierw kilka rzędów ściągacza, potem oczka prawe i lewe, a potem...:
Jak widać na załączonym obrazku zachciało mi się ażuru na czapce.... Ile razy prułam to wiem tylko ja - nie liczyłam.
Ja chciałam czapkę zrobić niejako w w tajemnicy i dlatego po kryjomu przed córką robótkę mierzyłam z jej bawełnianą czapką z motywem z Krainy Lodu. Wydawało się okej i dlatego wg kursu czapkę zakończyłam, zszyłam i przymierzyłam córce...
I tu zonk - czapka jest za mała!!! Modelka nie chce współpracować dlatego zdjęcie jakie jest każdy widzi:
Nie chciałam tego pruć, bo bałam się że włoczka się zmechaci czy przerwie. Podarowałam więc czapkę komuś innemu:
Niestety z kolei tu czapka była za duża, stąd najpierw musiałam ją podwinąć a potem zrobić sznureczki do związania :D
Uparłam się jednak, że czapka musi powstać! Walczyłam dzielnie całą niedzielę i oto efekty:
Czapka pasuje idealnie, modelka zadowolona. Ale... zrobiło się za ciepło na taką czapkę i niestety powędrowała do szuflady. Ale i tak jestem z siebie mega dumna :D
Czas wziąć się do kolejnej lekcji, ale zostało mi niewiele włoczki:
Nie bardzo wiem, co z takiej ilości mogę zrobić, a na zakupy chwilowo się nie wybieram bo nie mam jak. A muszę niestety sama...
To tyle z frontu włóczkowo-drutkowego.
Kolejna moja robótka, to był taki malutki przerywnik pomiędzy drutami a haftem. Zrobiłam bowiem aż 3 karteczki. Wow, szaleństwo ;)
Pierwsza karteczka poleciała do mojej chrześnicy z okazji roczku:
Taka mała skromna karteczka. Zapomniałam zrobić zdjęcia wnętrza karteczki, gdzie oprócz życzeń była jeszcze naklejka ze zwierzątkami i słonecznikiem - gapa ze mnie....
Dwie kolejne karteczki wczoraj zostały wysłane do mojej mamy i teściowej:
Kartki są niemal identyczne, a to z tego powodu, żeby żadna z Pań (a szczególnie moje teściowa) nie poczuła się w jakiś sposób gorsza... Kto ma teściową to chyba wie o czym mówię...

A teraz powrót do czegoś, co tygryski lubią najbardziej, czyli do krzyżyków :)
Ostatnio pokazywałam Wam "mały" przerywnik pomiędzy HAED-ami. Wtedy wyglądał tak:
Kilka z was rozpoznało ten wzór, albo domyślało się co to może być.
To oczywiście jeden z wielu wzorów z napisem "Home Sweet Home". Tak wygląda w oryginale:
Bardzo mi się spodobał i w zasadzie szukałam okazji żeby go wyhaftować. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że haft składa się z bardzo dużej ilości półkrzyżyków. Generalnie zorientowałam się dopiero zaczynając haftować litery. Uświadomiłam sobie bowiem że pewne symbole wzoru haftowane są tymi samymi kolorami...
Postanowiłam jednak nie pruć i zostawić te całe krzyżyki, które miałam już zrobione. Głównie chodzi o linie na dole haftu
Zanim zaczęłam "drutkowanie" mój haft wyglądał tak:
Jednak półkrzyżyki w mojej wersji też występują. Między innymi w dolnym "M", oraz w całym górnym "HOME".
Półkrzyżykiem powinnam tez zrobić te wszystkie wzorki okalające napis "Home Sweet Home:, jednak tutaj już mi te połówki nie pasowały i wszystko machnęłam pełnym krzyżykiem. To taka moja prywatna wersja tego wzorku ;)
Wczoraj haft musiałam odłożyć, bo jak to zwykle u mnie bywa zabrakło jednego koloru:
Mogłabym haftować tym co mam, ale odpuściłam. Poczekam na dostawę muliny :)
Teraz wracam do Mini Victoria Garden. czas na stronę nr 2 :)

Ach, zapomniałabym... Z nogą jest dobrze. Na tyle dobrze, że nie potrzebuję już gipsu. W zamian za to dostałam specjalny usztywniający bandaż elastyczny, czyli jak jak to mówię skarpetkę uciskową:
Jest dużo lżej, a najważniejsze że można toto zdejmować do kąpieli i na noc...
Moja skóra łuszczy się brzydko i muszę ją mocno i często nawilżać kremami i balsamami. Do tego okolice palców wciąż są w delikatnych siniakach....
Teraz muszę się powoli nauczyć chodzić bez tego gipsu. Jest ciężko, bo boli podeszwa w miejscu złamanej kości, która wg lekarza "ładnie się zrasta". Czyli jeszcze nie do końca się zrosła. Mam zgrubienie w miejscu złamania, ale nie boli przy dotyku. Boli za to stłuczona kostka a raczej staw skokowy. Miałam z tym problem już kilka lat temu, kiedy dosłownie stanęłam sobie na kostce i trochę boję się powtórki...
Teraz spaceruję sobie powolutku z berłami po domu i ogródku. I nadal odpoczywam.
Za trzy tygodnie czeka mnie kolejne prześwietlenie i wizyta u lekarza.

Dziękuję za wszystkie komentarze.
Cytrulina - ja raczej nie zostanę zawodową dziewiarką, ale uważam, że to tak fajnie jak się umie zrobić cokolwiek własnymi rękami - coś uszyć, wydziergać, zrobić na szydełku...
eleila - no właśnie mi tez nigdy wcześniej samej nic nie wychodziło, a to co uczyliśmy się w szkole podstawowej to było robione z pomocą mamy
Dorota - już na szczęście gipsu się pozbyłam ;)
Ulcia - podniosłaś mnie na duchu ;)
Magdalena Betlej - do tej wymarzonej chusty to niestety jeszcze droga daleka :D
Monika Blezień - Bycie królową jest fajne, pod warunkiem ze domownicy robią to o co prosisz. U mnie niestety trzeba się bardzo długo prosić o pewne rzeczy. Ale już na szczęście jest lepiej. Życzę ci żebyś nigdy tego gipsu nie doświadczyła...

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

wtorek, 16 maja 2017

Nie samym haftem....

Zwolniłam tempo. Zdecydowanie mniej robię, a za to więcej odpoczywam.
Mniej haftuję, więcej czasu spędzam w pozycji horyzontalnej, czyli leniuchując w łóżku.
Jestem już zmęczona tym gipsem, chodzeniem z berłami i siedzeniem na tyłku.
Nie powiem, fajnie tak jak mnie obsługują, podają kawusię i obiadki, sprzątają i robią zakupy, ale mam już dość. Im bliżej poniedziałku tym gorzej. I nie wiem czy to tylko zmęczenie czy stres - co będzie dalej.
Dlatego od kilku dni jak tylko moje dzieci wyjadą o 8:30 do szkoły to ja wracam z powrotem do sypialni na jakieś 1,5 godziny.
Takie leżenie ma swoje plusy - przestało mnie boleć siedzenie :D
Nie da się jednak przeleżeć/przespać całego dnia. Kiedyś w końcu trzeba wstać, ubrać się, zjeść i zacząć coś robić....
Tydzień tamu okazywałam wam "mały" przerywnik pomiędzy HAED-ami. Miałam nadzieję, że go do niedzieli skończę, ale...
Zachciało mi się czegoś zupełnie innego, całkiem odmiennego od haftu...
Jakieś 4 lata temu zapisałam się na Drutoterapii na kurs robienia na drutach. Od tamtej pory co kilka dni dostawałam maila z opisem i linkiem do kanały You Tube, na którym Iwona pokazywała co i jak z tymi drutami. Moja mama nawet przywiozła z Polski druty i kłębek włóczki...
Niestety z braku czasu wtedy "przerobiłam" jedynie dwie lekcje i na tym się skończyło. Maile lądowały w specjalnym folderze na mojej poczcie, a ja miałam nadzieję, że KIEDYŚ w końcu przypomnę sobie jak sie robi na drutach.
Bo ja taka całkiem niemota w tym temacie to nie jestem - prawe i lewe to wiem jak się przerabia, umiem zrobić ściągacz a w szkole podstawowej robiłam nawet skarpetki na 5 drutach...
Potem jednak wciągnęły mnie krzyżyki i o drutach zapomniałam.
Teraz jednak oglądam na blogach/fb jak niektóre z Was pięknie dziergają. Widziałam piękne chusty na drutach i zapragnęłam też taką mieć...
Ale od narzucenia oczek do końca chusty jeszcze droga daleka. Postanowiłam w ramach wolnego czasu spróbować "coś" wydziergać.
I tak pierwsze koty za płoty. Narzuciłam oczka przerobiłam kilka rzędów:
Oczywiście nie obeszło się bez prucia, bo ciągle coś mi nie pasowało... a to nitka się nierówno naciągała, a to błąd zrobiłam, a to jakieś kulfony zamiast oczka.... Masakra. Powyższa próbka jest chyba po 5 czy 6 pruciach i to całości...
Postanowiłam się nie zrażać i robić dalej. Pierwszy wzór - ryż:
Też do końca zadowolona nie byłam, ale przerobiłam ze 20 rzędów i włączyłam kolejną lekcję. A tam pierwszy ażur - przerabiania po dwa oczka razem....
Tu już była kompletna klapa bo co chwila okazywało się ze coś jest nie tak...
Miałam dwie możliwości - albo ja się nie nadaję, albo z tą włóczką coś nie tak... Oczywiście najłatwiej byłoby zwalić wszystko na włóczkę - że stara, że "przerobiona" i tak dalej
Nie chciałam sie poddawać i dlatego wpadłam na pomysł, aby zmienić włóczkę.
Różowe coś niewiadomego pochodzenia zamieniłam na coś takiego:
Wiem, wiem - akryl. Ale nie będę kupować 100% wełny tylko po to żeby zobaczyć czy w ogóle coś będzie mi wychodzić,  czy lepiej druty nadal używać do drapania się pod gipsem....
Pierwsze efekty były zdecydowanie lepsze, choć oczka też nie były perfekcyjne i całkowicie równe:
Nie wiem jak moją pracę widzą profesjonalistki, ale moim zdaniem ta próbka jest zdecydowanie lepsza niż ta w kolorze różowym...
Ryżu też próbowałam:
I też nie obyło się bez prucia... Jednak tą włóczką zdecydowanie łatwiej mi się dziergało i dlatego nie odpuszczałam.
Ażur też wyszedł zdecydowanie lepiej niż różową włóczką:
Niestety musicie mi wierzyć na słowo, bo zdjęcia różowego ażuru nie zrobiłam...
Dziś ćwiczyłam zakańczanie robótki:
 Tak wygląda mój mały próbnik podstaw dziergania na drutach :D
Ja jestem z siebie mega zadowolona Teraz niech się wypowiedzą zawodowe "dziergaczki" :D
Oczywiście to nie wszystko. Chcę dalej ćwiczyć, bo naprawdę mam ochotę sama sobie wydziergać pewną chustę/szal ;)

Haft pokażę Wam w następnym poście - może wtedy będzie już ukończony.

Dziękuję za wszystkie komentarze.
Katarzyna - haft w sumie duży nie jest, ale trochę kombinowany.
Magdalena Betlej - tak, to coś w tym stylu ;)
Ewa Staniec-Januszek - widzę ze doskonale mnie rozumiesz :)
Dorota - nóżka czasem boli, skóra pod gipsem strasznie swędzi a gips powoli drażni...
Anek73 - ale robisz to co lubisz i chyba przynosi to wymierne efekty... a do haftów wrócisz, jak się "odpudełkujesz"  ;)

Pozdrawiam wszystkich serdecznie


środa, 10 maja 2017

Przerywnik - chyba nie taki całkiem mały

Ja nie lubię zastoju. Owszem, zdarza mi się siedzieć "z założonymi rękami" i nic nie robić, ale to się raczej bardzo rzadko zdarza. Sama się wtedy strofuję - "Kobieto! czemu ty nic nie robisz!".
I tak w piątek po południu zaczęłam szykować kanwę do nowego projektu. Miałam już wydrukowany wzór i muliny potrzebna na sam początek. Resztę zamówiłam i właściwie mogłam zacząć haftować.
Motyw z SAL-u Tea Time miałam już wyhaftowany, więc nie musiałam się martwić że nie zdążę. Musiałam tylko pilnować terminu publikacji posta.
W sobotę zrobiłam bardzo mało. Ale czuję sie rozgrzeszona, bo to był pierwszy od dłuższego czasu ciepły dzień co skusiło mnie do ostrożnego wyjścia do ogrodu. Ostrożnego, bo niestety ostatnie moje wyjście do ogrodu skończyło się wizytą w szpitalu i założeniem gipsu.
Teraz ostrożnie wyszłam i nawet podpierając się berłami pospacerowałam troszkę.
Za to w niedzielę znów było zimno i mogłam w całości oddać się haftowaniu.
Oto efekty - tyle było w południe:
A tyle kilka godzin później:

Bywa jednak tak, jak wczoraj, kiedy czułam że muszę odpocząć...
Pewnie to głupio zabrzmiało - od miesiąca siedzę w domu i to dosłownie siedzę, nic nie robię i jeszcze potrzebuję odpoczynku... No cóż... Dzieci miały dwa tygodnie ferii, a to chyba wystarczające wytłumaczenie :D
Wstyd się przyznać, ale bardzo się cieszyłam, że ferie wreszcie się skończyły. Wyprawiłam dziecko do szkoły i... powędrowałam z powrotem do łóżka... W domu było pusto, cicho... pełen relaks
Wypełzłam z tego łóżka dopiero o 12.00.
Ciężko się zrelaksować z nogą w gipsie, ale muszę powiedzieć, że było mi to potrzebne i że mi to pomogło. Żadnej telewizji, żadnego wołania "mamo". Taka szybka regeneracja sił w domowym zaciszu. Takie moje "5 minut"...
Po obiedzie spokojnie wróciłam do haftowania.
Dzisiejsza praca:
Czy ktoś już wie, co to będzie? ;)

Dziękuję za wszystkie komentarze;
Malgorzata Zoltek - plecy do haftowania mnie nie bolą. Haftuję na tamborku, który trzymam w ręku, siedzę wygodne na kanapie z plecami opartymi o poduszki. Chwilowo z nadmiaru siedzenia boli mnie właśnie ta część ciała, na której się siedzi :D
Agnieszka Wardzińska - właśnie rozglądam się po blogach, czy ktoś czegoś nie organizuje. Najlepiej znów coś na parę miesięcy, bo inne przerywniki to jak widać mam na bieżąco ;)
Renka - ja tez się tego zawsze boję, ale zawsze jest wyjście z sytuacji.
Vipek - nie aż takie turbodoładowanie. Ciasteczka miałam wyhaftowane wcześniej, czekały tylko na dzień publikacji. Próbowałam już tak haftować, ale w tym HAED po prostu się nie da, bo się gubię. Zbyt duża pikseloza, zbyt wiele pojedynczych krzyżyków "od czapy". Do tej pory nie wiedziałam, że może być tyle odcieni zieleni i że biały wcale nie oznacza biały, ale bladoszary, bladoróżowy, bladocielisty... Ale dziękuję za rady. Wykorzystam w mniej spikselizowanym obrazie :)

Pozdrawiam serdecznie

sobota, 6 maja 2017

SAL Tea Time - motyw 8

Dziś pierwsza sobota miesiąca, czyli czas na pokazanie kolejnego motywu z SAL-u Tea Time.
Tym razem ciasteczka. Robiło się błyskawicznie - w pół dnia miałam motyw gotowy.
Czas więc na prezentację.
Oto pyszne ciasteczka do kawy:
A tak prezentuje się dotychczasowa całość:
Za miesiąc ostatni motyw i niestety koniec naszej zabawy...

Przyznam się, że lubię tego typu zabawy - kilka motywów, wystarczająco dużo czasu na każdy motyw. I zawsze żal, że zabawa się już kończy. I gdyby nie takie zabawy to nie miałabym wyhaftowanej połowy tego co mam...

Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem
vipek - dziękuję za rade. Faktycznie to może być problem, ale ja już próbowałam inaczej haftować (kolorami przez kilka rzędów i kolumn) i w efekcie zawsze się mylę. Zresztą w opisie każdego HAED-a napisane jest że ze względu na dużą ilość kolorów i symboli łatwiej jest haftować wg siatki 10x10 a później przejść do następnego pola 10x10... Pewnie też będzie to widać. Myślę, że złotego środka nie ma :)
Adrianna Bartnik - dziękuję, mam nadzieję ze pomimo tego iż tyle stron jeszcze przede mną to pomyłek będzie coraz mniej :)

Pozdrawiam wszystkich