sobota, 27 października 2018

Czas się pochwalić...

Tak, dziś ten dzień, w którym będę się chwalić. A co? Niech innym będzie żal :D
No dobra, a teraz na poważnie - będę się chwalić moim szalem Snoweko, zrobionym wg wzoru Iwony Eriksson.
Na początek oczywiście pokażę etapy powstawania, a efekt końcowy jak sama nazwa wskazuje będzie na końcu postu.
Z jednego motka mojego moheru wyszło mi tyle:

16 powtórzeń wzoru plus te kilka rzędów na początku.
Gdy zdecydowałam się go zakończyć miała 27 powtórzeń wzoru i gdy tylko zszedł z drutów wyglądał tak:
I tu muszę się do czegoś przyznać.... Wybrałam elastyczne zakończenie i końcówka szala zrobiła się falbaniasta.... Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że takie zakończenie będzie idealne... No cóż, człowiek uczy się na błędach.
Dziergałam go 2 tygodnie, na prostych drutach nr 4. Próbowałam na drutach z żyłką, ale robiłam za dużo błędów, a na prostych drutach szybciej mogłam wyłapać te błędy.
Muszę przyznać, ze pod koniec było ciężko utrzymać druty...
Szal został delikatnie wyprany i porządnie zblokowany:
Zajął niemal całą powierzchnię materaca o wymiarach 90x200... Szaleństwo.
Niestety po zdjęciu szpilek i przymiarce "na ludziu" okazało się, że jednak mógłby być dłuższy... Tym bardziej że zostało sporo włóczki:
No, ale bardzo mi zależało, żeby go skończyć przed wyjazdem do Polski...
A teraz obiecana wisienka na torcie, czyli efekt końcowy - zdjęcie na ludziu:

I jak się wam podoba?
Chodzi mi po głowie taki pomysł, żeby po powrocie jednak go przedłużyć... Co wy na to?

Dziękuję za Wasze komentarze
- Elżbieta K, Promyk - właśnie z powodu koloru tej włóczki powstał ten szal...
- Agata - mój mąż zapytał po co mi te dziury, skoro szal ma być na zimę :D
- Iwa, ale jest też moher syntetyczny... Powiem szczerze że kiedyś robiłam "próbę ognia", ale nie pamiętam już jak wyszła...
- Jagna - mam nadzieję, że błąd aż tak bardzo nie rzuca się w oczy ;)

Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 14 października 2018

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...

Tak mówi stare przysłowie. I przeważnie to się sprawdza.
Tak było i w moim przypadku. Ponad tydzień tamu żaliłam się na blogu, że jak zwykle zabrakło mi jednego koloru do skończenia 1 haftu. Na domiar złego ten sam kolor (i kilka innych) potrzebne mi było do rozpoczęcia kolejnego projektu. Zakupiłam wprawdzie wszystkie potrzebne nici w sklepie internetowym, ale był przecież początek weekendu więc przesyłka miała dotrzeć najwcześniej we wtorek.
Jako że nie lubię się nudzić postanowiłam wykorzystać wolny od krzyżyków czas na kompletnie inny projekt...
Postanowiłam zrobić szal na drutach.... I to nie byle jaki szal, a szal SNOWEKO wg projektu Iwony Eriksson:
Miałam w domu 3 motki pięknego czerwonego moheru, który lata temu mój śp. tata przywiózł z Austrii:
Nadal mam dylemat czy to moher czy poliakryl, ale twardo postanowiłam coś z tego zrobić. A że SNOWEKO szalenie mi się podoba więc postanowiłam zaryzykować.
Przeczytałam dokładnie "instrukcję obsługi", narzuciłam odpowiednią liczbę oczek na druty, przerobiłam zalecane przez Iwonę 6 rzędów oczkami prawymi i zaczęłam robić wzór....
Pierwszy rząd, trzeci rząd, piąty rząd i dziwne wrażenie że nic mi się tu nie zgadza.
Sprułam i zaczęłam od nowa. I znów ta sama sytuacja. Na dodatek we wzorze są bąbelki, które nijak mi na tej włóczce nie wychodziły. Odpuściłam je sobie, ale wzór nadal mi się nie składał.
Pomyślałam nawet że to przez ten ścieg francuski na początku robótki - może nie składa mi się wzór bo na obu stronach mam same prawe oczka...
Sprułam raz jeszcze, narzuciłam oczka, przerobiłam 6 rzędów prawych i dodałam od siebie kolejne 3 rzędy. Ale tym razem na prawej stronie przerobione na prawo, a na lewej na lewo. I gdy już kolejny raz miałam zacząć przerabiać rzędy ze wzorem dotarło do mojej łepetyny, że źle czytam schemat! Coś mnie zamroczyło i zamiast "czytać" wzór od prawej do lewej to "leciałam" poszczególne elementy wzoru od lewej do prawej...
No sorry, ale wzór nie miał prawa się zgadzać...
Kiedy ta oczywista prawda do mnie dotarła zaczęłam przerabiać oczka już zgodnie z kierunkiem wzoru. I nagle zaczęło mi wychodzić!
Po 2 dniach miałam tyle:

Byłam niezmiernie dumna z faktu, że wychodzi mi to co powinno i dopiero na zdjęciu zauważyłam, że mam tam błąd.... Ale nie miałam siły pruć tego po raz kolejny. Mam nadzieję, że jak się wypierze i ponaciąga to nie będzie to aż tak bardzo rzucać się w oczy.
I dlatego pomimo faktu, że brakujące muliny przyszły już we wtorek to ja nadal dziubię szal...
Mam już 12 powtórzeń wzoru i ciągle wyrabiam nitkę z 1 motka:
Przepraszam za jakość tego zdjęcia, ale nie miałam możliwości zrobienia innej fotki.
Muszę zrobić co najmniej jeszcze raz tyle co mam, żeby dało się tym fajnie owinąć. Chciałabym go skończyć do 1 listopada, ale nie wiem czy mi się to uda.
Jedno wiem - cieszę się że tydzień temu zabrakło mi muliny do haftu :D

Cieszę się, że znaleźli się chętni na SAL Makaronowy. Do stycznia jeszcze dużo czasu, więc może ktoś się jeszcze skusi.
Promyk, eleila - może sie jakoś dogadamy jak już zaczniemy zabawę ;)
eleila - ja też wiecznie nie mam czasu i muszę w końcu wrócić do rozgrzebanych HAED-ów, ale taki hafcik traktuję zawsze jako odskocznię od głównego projektu...

Pozdrawiam


niedziela, 7 października 2018

Pasta SAL czyli SAL Makaronowy

Dziś już oficjalnie zapraszam do nowej zabawy.
Oto banerek do pobrania z naszego nowego SAL-u Makaronowego:
Kilka zasad (tak dla ścisłości):
1. SAL startuje w dniu 1 stycznia 2019.
2. Zapisy przyjmuję na maila - iskierka71@gmail.com
3. Do wzięcia udziału w SAL-u nie jest potrzebne prowadzenie bloga. Osoby, które mają bloga proszone są o "powieszenie" banerka na pasku bocznym ;)
4. Na każdy motyw jest miesiąc czasu, a każdym kolejnym motywem chwalimy się najpóźniej do 10 dnia następnego miesiąca
5. Podpisane zdjęcia gotowego motywu przesyłamy do mnie na podany wyżej adres mailowy. Najlepiej tak pomiędzy 7-9 dniem kolejnego miesiąca, tak żebym w okolicach 10 mogła napisać zbiorczego posta.
6. Haftujemy czym chcemy i na czym chcemy.
7. Do SAL-u można dołączyć w każdej chwili jego trwania.
8. Jeśli ktoś się nie wyrobi w terminie - nie ma tragedii. Proszę tylko o info na maila.
9. I tu chyba jest najważniejszy punkt tego SAL-u:
"To jest zabawa, więc ZERO stresów"
Nie wyrobiłam się? Trudno - takie jest życie :)
Nikt nikomu za to głowy nie urwie. Nie haftujemy na czas, tylko dla własnej przyjemności.

Fajnie że komentujecie. Bardzo Wam za to serdecznie dziękuję
Jagna - dziękuję
Sylwia Murzynowska - przemyśl, do stycznia jeszcze trochę czasu zostało ;)
Katarzyna - serdecznie zapraszam. Odnośnie mulin to ja osobiście zamawiam przez internet. Nie zawsze mam czas na odwiedzenie sklepu w centrum miasta ;)
Margonitka - to jeszcze trochę pokuszę ;)No i niestety nie wiem czemu od taki duży... Widocznie to inna seria SODY

piątek, 5 października 2018

Tradycji stało się zadość....

...i jak zwykle zabrakło mi nici na ostatnie kilkadziesiąt krzyżyków:
 Na zbliżeniu widać zdecydowanie lepije ile mi zabrakło:
Wrrrrrrrrrrr, można się wściec. Na domiar złego jest weekend. Przy dobrych wiatrach zamówione mulinki dojdą we... wtorek, we środę...
Oczywiście żeby się nie nudzić zaczęłam kolejny kwiat z serii, czyli Kwiat Jabłoni:
Za dużo to go nie zrobiłam, bo zanim przygotowałam kanwę i potrzebne muliny to trochę potrwało. No i oczywiście kilku kolorów jak zwykle mi brakuje, a jak pisałam powyżej przesyłka przyjdzie najwcześniej we wtorek...
No cóż, będę robić z tych kolorów które mam, a potem zapełniać dziury...

Sytuacja na placu boju jest taka, że jak na razie to ogarniam wszystko w 90%. Niestety 100% nie ma, bo zdarza się, że gdzieś mi coś umyka, albo czasu brakuje, albo po prostu dzieje się coś, że plan leci na łeb, na szyję...
Czytanie książek holenderskojęzycznych idzie mi jako tako. Przy pomocy słownika udało mi się już przeczytać 3 książki.Do tego robię swój własny słownik wyrazów wcześniej mi nie znanych, więc to czytanie trochę trwa. Ale ostatnia książka była dość ciekawie napisanym kryminałem i zajęła mi 2 wieczory. Więc jest moc :D
Niestety musiałam zrezygnować z dodatkowych konwersacji (taka nauka poza kursem), bo zwyczajnie brakowało mi już na to czasu. W końcu odpoczynek od wszystkiego też mi się należy...


Dziękuję za to że tu zaglądacie i komentujecie (lub nie). Fajnie, że podoba się wam idea nowego SAL-u. Chętni już są, zaczynamy w styczniu, a dokładne zasady i banerek już wkrótce.
Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 30 września 2018

Coś się kończy, coś się zaczyna

Niniejszym pragnę oznajmić że definitywnie skończył się nasz SAL Cookie Time. Dziś będzie ostatni post w tym temacie. Chcę Wam pokazać kompletne samplery uczestniczek SALu.
Na początek jednak pokażę Wam jeszcze spóźniony, ostatni motyw SAL-u, który przysłała do mnie Cytrulina:
A teraz, żeby już nie przedłużać - ostatnia odsłona naszego Samplera w kolejności nadsyłania zdjęć. 
1. Karolina z bloga Moje Hobby:
 2. Agata z bloga Hafty Agaty:
 3. Małgosia z bloga Margo i Nitka:
 4. Cytrulina z bloga Cytrulina Hand Made:
 5. Małgosia z bloga Magiczny Świat Krzyżyków:
 6. Sylwia z bloga Ruda Mama i Jej Pasje:
 7. I tak dla przypomnienia mój samplerek:
Miałam nadzieję, że uda mi się go pokazać już oprawiony ale niestety...
Gratuluję wszystkim, którzy ukończyli nasz SAL. Tym którzy się nie wyrobili życzę, aby udało im się kiedyś go ukończyć. Wszystkim jednakowo dziękuję za udział w zabawie.
Jak w tytule mojego posta - coś się skończyło.
A co się zaczyna? No właśnie....
Czy macie ochotę na kolejny SAL o podobnej tematyce? Małgosia z bloga Magiczny świat krzyżyków wysłała mi zapytanie, czy nie zorganizowałabym kolejnego "kuchennego SAL-u". I posłała mi nawet wzór, którego ja sama szukałam od dobrych 3 miesięcy...
Tematem nowego SAL-u jest MAKARON...
A zatem kto chętny na "Pasta SAL"?
Wzór ma wymiary 234 x 173. Wielkością jest więc zbliżony do Cookie Time
Od razu zaznaczę, że zaczynamy od 1 stycznia. Jest więc dużo czasu do namysłu oraz do skompletowania potrzebnych materiałów.
Ktoś chętny? 
Bo ja z pewnością ten sampler wyhaftuję. 
W przyszłym roku. 
Na 200%...
Wszystkich chętnych proszę o kontakt na adres iskierka71@gmail.com.
Czekam. Banerek umieszczę na blogu jak tylko znajdą się chętni.

Bardzo dziękuję za wasze komentarze pod poprzednim postem.
Jagna - trzeba korzystać z okazji ;)
Promyk - trzeci zacznę już niedługo 

Pozdrawiam serdecznie

piątek, 28 września 2018

"Zaś kwiotki"...

...powiedział mój mąż gdy zobaczył co haftuję...
Mój mąż jest Ślązakiem z Radzionkowa, takim z krwi i kości. Zawsze się śmiejemy że on to nawet polskiego nie zna dobrze, ale za to "śląski perfect". W jego ustach zabrzmiało bardziej jak "fiotki", czyli po naszemu kwiatki...
Ano haftuję "kwiotki". A czemu tak wyszło? Ano wszystkiemu winne wakacje - trzeba było coś zabrać ze sobą na wakacje do Polski . Coś niezbyt dużego, ale też i żadną drobnicę. Wybór padł na "kwiotki", które miałam w planach na bliżej nieokreślone "kiedyś".
Jak już jednak wiecie, akurat podczas wyjazdu nie udało mi się zacząć tego co ze sobą zabrałam. Jednak skoro już się namęczyłam i wzór wybrałam, skoro już miałam przygotowany materiał i wyszperane tudzież zakupione muliny to szkoda mi było ten projekt odkładać.
I tak od razu po powrocie z Polski korzystając z reszty wakacji, oraz z faktu że moja mama zajmuje się moim dzieckiem przystąpiłam ochoczo do pracy. A oto pierwsze efekty:
Tydzień później miałam już połowę haftu za sobą:
Pod koniec sierpnia haft był gotowy:
Magnolia. Prawda, że piękna? Tylko fotki robione w nieodpowiednim oświetleniu...
Haftowało się wyjątkowo szybko i od razu postanowiłam wyhaftować następny z serii. Tym razem wybór padł na Kwiat Wiśni. Tu odsłona pierwsza:
I znów jak poprzednio - bardzo szybko sie haftowało. Tylko teraz niestety już mniej czasu było. Podgoniłam trochę w miniony weekend - niemal całe dwa dni miałam tylko na własne hobby. W niedzielę wieczorem Kwiat Wiśni wyglądał tak:
Przepraszam za jakość zdjęć, ale w dzień nie mam czasu robić fotek. Szczególnie jeśli wiąże się to ze zdejmowaniem tamborka.
Do dnia dzisiejszego troszkę już przybyło, ale to może pokażę w momencie przekładania tamborka. Chciałabym szybko skończyć ten haft i zabrać się za następny - tym razem za Kwiat Jabłoni...
Mam w planach oprawić wszystkie trzy w jednakowe ramki i zawiesić na ścianie salonu

Vipek - u mnie raczej robótka jako "czekaczka" się nie sprawdzi. Za dużo bambetli do rozkładania. Wybiorę raczej książkę - w końcu po coś się do tej biblioteki zapisałam...
Elżbieta K - czekam na twój grafik ;)
Agata - chyba coś w tym jest, bo powoli ogarniam. Nawet bez planera ;)
Lidzia - bo ja to tak falami - 9 lat temu zaczęłam go odwiedzać jak przygotowywałam syna do komunii a córkę do bierzmowania. Trwało to tak ze 3 lata. Potem przeważnie jeździłam w drugim kierunku, do Aalsmeer (albo nie jeździłam wcale). Teraz znów sie zapowiadają 3 lata... Może się jednak gdzieś kiedyś spotkamy ;)

Dziękuję Wam za wszystkie wspaniałe komentarze. Dziękuję też tym, co zaglądają i nie komentują. Pozdrawiam

niedziela, 23 września 2018

Planer poszedł się BuJać....

Na początku 2018 roku postanowiłam trochę ogarnąć rzeczywistość i spróbować żyć wg planu. Pokazywałam am nawet mój własny Bullet Journal (BuJo).
Na początku było fajnie - udało mi się zrealizować niemal ( z naciskiem na słowo "niemal") wszystkie zaplanowane prace hafciarsko-koralikowe:
1. Wykoralikowałam Świętą Rodzinę w prezencie dla mojej Mamy:
2. Skończyłam SAL z baletnicami:
3. Skończyłam Malwy:
4. Wyhaftowałam metryczkę dla synka chrześnicy:
5. Skończyłam SAL Cookie Time:
5. Uszyłam poszewki na poduszki, którymi chwaliłam się ostatnio:

Jak na chroniczny brak czasu to i tak dużo...
Potem przyszedł czerwiec i planer poszedł się BuJać... 
Miałam dużo spraw na głowie i problemów i zdecydowanie nie nadążałam za biegiem czasu.
Nie udało mi się wrócić do HEAD-ów. I choć w planach na ten rok było ukończyć choć jeden, to niestety... Ale o tym w innym poście.
Z wakacji w Polsce wróciliśmy 2 sierpnia i niemal z marszu wpadłam w wir pracy... Na szczęście w obowiązkach domowych pomagała mi mama, która przyjechała do nas "na trochę".  Jednak już 9 sierpnia okazało się, że to jej "trochę" może potrwać odrobinę dłużej. Dostałam wreszcie list ze szkoły językowej na który czekałam od... końca kwietnia. I tu od razu zonk - kurs zaczyna się już 13 SIERPNIA... Na dodatek w godzinach które nijak nie pasowały ani do mojego rozkładu zajęć zawodowo-zarobkowych, ani do planu lekcji w szkole mojej córki... I jak to zwykle bywa nijak nie dało się tego zmienić. Musiałam całkowicie "przeprogramować" swój grafik obowiązków...
W poniedziałek od 9.00 do 12.00 miałam kurs języka holenderskiego - pracę, którą w ten dzień wykonywałam musiałam przesunąć na czwartek, który wcześniej miałam wolny.
We wtorek i w piątek praca 0d 9.00- do 12.00
We środę - praca od 9.00 do 12.00, a od 13.00 do 16.00 kurs.
Wolny kiedyś czwartek zmienił się w pracujący do 12.00 czwartek.
Weekend wolny.
Od razu pojawił się problem co ze środą. W środę moje dziecko kończy szkołę o 12.30, a ja zaczynam kurs o 13.00 na drugim końcu miasta. Dopóki miała wakacje nie było problemu. Ale jak się już szkoła zaczęła (27.08)  to i owszem, problem zrobił się duży.
Nie dam rady w pół godziny zawieźć ją z miasta do domu i wrócić, a co dopiero zajechać w drugi koniec miasta. Niby w domu jest babcia i mogłaby ją odbierać, ale jak na złość w tych godzinach nie kursuje na naszą wieś żaden autobus. A piechotą to 3 km - trochę dużo jak na panią po 70 i 6 letnie dziecko...
Musiałam niestety zapewnić dziecku jakąś opiekę po szkole, tak żebym mogła ją odbierać wracając z kursu. Oczywiście trzeba było pojeździć w różne miejsca i pozałatwiać...
Gdy opieka po szkole została zapewniona moje dziecko oświadczyło, że MUSI nauczyć się pływać i w związku z tym ja MUSZĘ zapisać ją na basen. Cóż było robić? Holandia to jak Wenecja - ląd i wszechobecna woda. Lepiej żeby dziecko umiało pływać...
Zapisałam ją, zapłaciłam i od 28 sierpnia w każdy wtorek prosto po szkole jedziemy na basen... Żeby nie było tak łatwo - szkoła kończy się o 15.00, lekcja pływania zaczyna się o 15.45, a na basen samochodem to jakieś 5 minut drogi. Najpierw czekamy więc na swoją kolej, a potem dziecko idzie pływać a mama na kawę... i tak do 16.30 kiedy to lekcja się kończy a ja mogę ją odebrać i pomóc jej się wytrzeć i przebrać. I w ten sposób z 45 minut pływania robi się 1,5h... Tyle czasu w plecy, masakra...
Ale przynajmniej dziecko zadowolone ;)
Tu na zdjęciu z kuzynką:

Mało mi było zajęć w tygodniu to zapisałam dziecko na naukę religii do polskiego kościoła w Rotterdamie. Zajęcia z religii i języka polskiego odbywają się w co drugą sobotę i trwają od godziny 16.00 do 17.45. o 18.00 jest msza dla dzieci i pojem można już jechać do domu. Licząc że wyjeżdżamy o 15.00, a wracamy o 20.00 jest to kolejne 5h kiedy nie mogę zając się moim hobby :(
Jak komuś moich zajęć jeszcze mało to dodam, że zostałam zobligowana przez moją panią nauczycielkę z kursu (oczywiście nie tylko ja, ale cała grupa) do zapisania się do miejskiej biblioteki... 
Oto moja karta biblioteczna:
Na początek mamy czytać książki łatwe w odbiorze, cienkie, takie specjalnie dla ludzi z problemami językowymi. Takie jak te, na zdjęciu poniżej.
Oto moje pierwsze (prawie) przeczytane książki holenderskojęzyczne:
Ta pierwsza już przeczytana, ta druga w trakcie...
Oprócz tego musiałam znaleźć sobie jakiegoś kogoś, kto by mi pomógł w konwersacji po holendersku... 
Bo z moim holenderskim jest tak, że niby ja bardzo dużo rozumiem, ale z odpowiedziami to już jest znacznie gorzej. Tak "Kali mieć" i "Kali umieć". A z kursu muszę skorzystać, bo po 1 jest darmowy, a po drugie jest bardzo fajnie prowadzony. Przyznam się ze przez ponad miesiąc dużo nowych rzeczy się nauczyłam. No i do tego ta biblioteka i książki... Prawie zapomniałam już, że ja kocham książki i że kiedyś pochłaniałam je tonami...

No dobra, ponarzekałam sobie na brak czasu na haft. Za to kalendarz zajęć mam pełny i nuda mi jak na razie nie grozi.
Mama dzielnie mi pomagała. Trochę sprzątała, ale głownie nam wszystkim gotowała. 
Przez ostatni tydzień miałam gości z Polski. Przyjechał mój brat z żoną i dwuletnią córką. Gdy wyjeżdżali mama zabrała się z nimi. Z jednej strony będzie mi brakować jej wsparcia w pracach domowych, a z drugiej strony... wiecie jak to jest gdy ktoś kręci się wam po domu. Niby nie jest to obca osoba, ale z biegiem czasu jej obecność zaczyna uwierać jak kamyk w bucie...
Od jej wyjazdu zastanawiam się nad powrotem do mojego planera. Teraz już nie chodzi o ogarnięcie rzeczywistości, bo jak na razie, przynajmniej przez najbliższe pół roku nie zmienią się godziny moich zajęć. Chodzi bardziej o znalezienie czasu na naukę i hobby. Coś jak:
- w poniedziałek haft, we wtorek nauka, w środę szycie, w czwartek druty...
Muszę to jeszcze przemyśleć i jakoś sensownie rozpisać. Może się jeszcze tym na blogu pochwalę...
No i znowu się rozpisałam, a miałam pokazać nowy haft... Ale wiem, że cierpliwie poczekacie do następnego postu ;)

Kochane uczestniczki SAL-u Cookie Time - jeśli któraś ze spóźnialskich ma jeszcze jakieś zaległe fotki do opublikowania to proszę mi jeszcze podesłać. Szczególnie zdjęcia całości pracy. Chcę za tydzień zrobić post podsumowujący.

Dziękuję wam za wszystkie komentarze. Obiecuję, że to jeszcze nie koniec recyklingu. Coś jeszcze powstanie, tylko muszę znaleźć na to czas...
Malgorzata Zoltek - ja też się boję, ale próbuję przełamać ten strach :)
Renka, Kreatywna TV - mam takie samo zdanie

sobota, 8 września 2018

Były sobie jeansy...

Cztery miesiące temu zaczęłam pisać posta:
"Jakoś tak dziwnie ostatnio czas mi się skurczył, kwiecień przeminął nawet nie wiem kiedy. Pięknej pogody było raptem kilka dni, a reszta to deszcze, pluchy i wietrzyska jakby w listopadzie. I niby skończyłam chustę, niby dłubię te Malwy i do tego w dwa dni zrealizowałam całkowicie inny handmaedowy projekt, ale wciąż mi się wydaje że czas ucieka a ja nie nadążam..."
I tak sobie ten post "wisiał" jako post roboczy.
Zdążyłam skończyć Malwy, wyjechać na wakacji i z nich wrócić, zacząć nowy projekt (i go skończyć), w końcu zdążyłam zacząć realizować moje plany osobiste a do posta jakoś nie umiałam wrócić.
Dziś postanowiłam się zmobilizować i pokazać Wam, co takiego ciekawego zrobiłam.
Jak w tytule - były sobie jeansy. I to nie jedne, a kilka par. Znoszonych, przetartych, dziurawych lub za małych.

Zbierałam je namiętnie jakiś czas z myślą, żeby coś z nich KIEDYŚ uszyć. Parę lat temu udało mi się z jednej pary jeansowych rybaczków uszyć małą torebkę, którą chwaliłam się TUTAJ.
W kwietniu stwierdziłam, że właśnie nadeszło to KIEDYŚ.
Miałam pilną potrzebę uszycia poszewek na poduszki. Jakiś czas temu kupiłam sobie 6 poduszek w fajnych kolorowych poszewkach w białe grochy - dwie pomarańczowe, dwie zielone i dwie różowe.
Tu na zdjęciu jedną z poduszek "pilnuje" nasz najstarszy piesek:

Niestety z biegiem czasu i pod wpływem intensywności prania owe poszewki zaczęły "rozłazić się" w szwach. Coraz gorzej to wyglądało i stwierdziłam, że trzeba coś z tym zrobić.
Okazało sie jednak, że najpierw muszę uszyć nowe poszewki na wypełnienie, bo to co do tej pory tam było też już wyglądało tragicznie.
Po paru dniach/tygodniach walki z maszyną, nićmi i materiałem miałam gotowe 4 poszewki:
Każda z nich jest inna - uszyta z innej pary spodni. Czasem nawet z kilku par, tak jak ta:
i ta:
Poduszki szyte były, jakby to ująć - "na pałę", czyli bez żadnego wykroju. Tu ucięłam, tam przyszyłam, tu skróciłam i jakoś poszło. Niestety muszę się przyznać, że poległam na guzikach...
Gdy w maju na urodziny syna przyjechała moja mama to nie tylko przywiozła mi swoje latami zbierane guziki, ale też pomogła mi zrobić dziurki na wybrane guziki.
Tak moje poduszki prezentują się "z drugiej" strony:
Nie twierdzę, że są idealne. Ale to nie ważne. Ważne, że są własnoręcznie uszyte. No dobra, z małą pomocą mamy ;)
Reszta jeansu (a mam go dużo) musi poczekać na inne czasy. Mam jeszcze dużo planów co do tego materiału, ale niestety brak mi czasu na jego realizację i dlatego znowu moje plany muszę odłożyć do kolejnego KIEDYŚ...

Dziękuję Wam wszystkim za Wasze komentarze
Karolina - może i u ciebie nadejdzie w końcu to magiczne KIEDYŚ ;)
Anula - może i wyglądałyby lepiej, ale nie lubię ciemnej kanwy. Mam awersję po 1 hafcie....
Agula Aga, Anek73 - no właśnie, ja też bardzo sie zdziwiłam. Byłam w 100% pewna, że co najmniej dwa z nich są jednakowej wielkości...
No chyba że ja coś pomieszałam podczas haftowania i gdzieś dodałam kilka rzędów...
Właśnie sprawdziłam na stronie Coricamo - wzór graficzny zarówno Irysów i Malw ma taki sam rozmiar - 150x400. Więc albo ja się machnęłam, albo co nie tak jest ze wzorem który posiadam...

Pozdrawiam serdecznie

wtorek, 21 sierpnia 2018

Kwiatowe trio juz na ścianie

Nie wiem, czy pamiętacie, ale w maju pisałam, że rzutem na taśmę skończyłam moje Malwy. Pojechały do Polski jeszcze "gorące" - mama obiecała je wyprać i wyprasować. Po miesiącu były juz oprawione i z początkiem sierpnia wróciły ze mną do domu.
Tak się prezentowały zaraz po odpakowaniu z folii:
A tak już na ścianie:
A tak wyglądają w towarzystwie pozostałych dwóch:
I tu małe rozczarowanie - nie wiem dlaczego, ale cały czas wydawało mi się, że Malwy mają taki sam rozmiar jak Słoneczniki... Tymczasem wyszło na to, że każdy z obrazów ma inny wymiar.
Po drugie - długo tak nie powisiały, bo z Polski oprócz obrazu i typowo spożywczych zakupów przywiozłam też tapety do salonu...
Po tygodniu od powrotu z Polski obrazy zostały zdjęte na czas tapetowania. I tu dokładnie widać różnice w wymiarach:
Tapetowanie na szczęście nie trwało zbyt długo i Kwiatowe Trio mogło wrócić na swoje miejsca. No prawie na swoje miejsca. Tak prezentują się teraz:
Pękam z dumy i zaczynam nowy projekt. W końcu jeszcze trochę ścian mam...
Niestety nadal wolny czas mi się kurczy...

Dziękuję Wam za wszystkie pozostawione komentarze.
Agula-Aga - Ja wiem ze auto rzecz nabyta, ale bez auta jak bez ręki, szczególnie w moim wypadku. Co do Lichenia, to przyznam ze bardziej przytłoczyła mnie ta Bazylika w Toruniu. Licheń jest piękny, ale miałam zdecydowanie za mało czasu na spokojne obejrzenie wszystkiego.
Pozdrawiam serdecznie

piątek, 17 sierpnia 2018

Metryczka dla Bartusia

W niedzielę 3 czerwca moja chrześnica urodziła syna. Zdrowy, duży chłopczyk przyszedł na świat o 3 tygodnie za wczesnie, ale dostał 10 punktow w skali Apgar.
Ja jako dobra ciocia swoim zwyczajem zaczęłam haftować metryczkę.
Miałam 2 miesiące czasu, ale i tak się nie wyrobiłam. Jakoś nawet zdjęć mie porobiłam...
Do Polski jechałam z robótką, w której brakowało części konturów i napisów oraz z kupioną już ramką i kilkoma drobiazgami dla maluszka. Generalnie kontury i napisy miałam zrobić w jeden wieczór i spokojnie zacząć nową robótkę.
 Ale wyszło jak wyszło - dopiero po powrocie z Lichenia udało mi się przysiąść i skończyć. Następnego dnia zawiozłam materiał do mojej nieocenionej mamy, która mi go wyprała i wyprasowała. U teściowej nie było na to warunków - trzeba było wyremontować jeden pokój...
Byłam już umowiona na wizytę do mojej chrzesicy, ale kilka godzin wczesniej siedzialam jeszcze nad oprawą obrazka. Na szczęście nie było to zbyt skomplikowane i efekt mnie zadowala:
Mojej chrześnicy też się bardzo podoba, a Bartuś jeszcze nie potrafił powiedzieć co o tym sądzi :)

Kochane moje bardzo serdecznie Wam dziękuję za wyrazy wspólczucia...
Piegucha - to może jakaś kawa gdzieś w Holandii? Bo do Polski to się chwilowo nie wybieram
Iwa - niestety nie każdy uważa tak jak ty, a szkoda...
Malgorzata Zoltek - serdecznie wyrazy współczucia... Jak widać nieszczęscia chodzą parami...



piątek, 10 sierpnia 2018

Post zdecydowanie za długi i zupełnie nierobótkowy...

Pod koniec maja pisałam, że powoli wyrabiam się z haftami i mam nadzieję, że moje życie zawodowo-rodzinne ustabilizuje się na tyle, że znów będę miała czas (duuuuuużo czasu) na moje haftowanki.
Niestety jak to zwykle bywa życie pisze swój scenariusz, nie zawsze zgodny z naszymi oczekiwaniami.
Koniec maja i początek czerwca upłynął nam na poszukiwaniu samochodu. Masz wysłużony pojazd marki Citroen Xsara Picasso koloru granatowego był już pełnoletni, miał łuszczący się od lakieru dach i walniętą uszczelkę pod głowicą...
O ile po najbliższej okolicy jeszcze jakoś tam jeździłam, to niestety odpadały wszystkie dalsze trasy, a wyjazdy do Polski były wręcz niemożliwe. Dlatego do tej pory jeździliśmy busami firm przewozowych.
Teraz miało się to zmienić. Mieliśmy odłożone jakieś tam pieniążki i planowaliśmy kupić inny samochód. Oczywiście z używany, ale zdecydowanie młodszy od naszego starego.
Ponad 3 tygodnie szukaliśmy i jeździliśmy po różnych komisach niemal w całej Holandii. Kilku sprzedawców chciało nas ewidentnie oszukać, ale w końcu udało nam się znaleźć całkiem fajny, zadbany i niezbyt drogi egzemplarz.
Panie i Panowie przedstawiam Wam nasz nowy nabytek - Citroen Xsara Picasso, kolor szary metalik, rocznik 2006:
Z zakupu jestem mega zadowolona. Autko na trasie Holandia-Polska i Polska-Holandia sprawdziło się idealnie. Zanim jednak wyruszyliśmy w wyżej wymienioną trasę (czyli na wakacje) trzeba było autko sprawdzić technicznie, naprawić klimę oraz wymienić opony.
Kilka dni spędziłam więc w rozjazdach pomiędzy mechanikami, a w międzyczasie skończyłam mój SAL-owy sampler i zaczęłam haftować metryczkę, o której będzie osobny post.
Pod koniec czerwca dowiedzieliśmy się, że chorujący na Parkinsona i Alzheimera teść trafił do szpitala z powodu bardzo poważnych problemów z pęcherzem, a teściową powalił silny atak rwy kulszowej...
Zaczęły się dla nas bardzo nerwowe dni, wszystko zeszło na dalszy plan.
Chorymi teściami opiekował się szwagier z żoną, a my codziennie dzwoniliśmy do nich z zapytaniem o zdrowie i wysłuchiwaliśmy narzekań na polską służbę zdrowia, na procedury, na brak leków i pomocy. O ile teściowa powoli dochodziła do siebie o tyle stan teścia pogarszał się z dnia na dzień.
Tydzień przed planowanym wyjazdem zaczęliśmy się obawiać, że nie zdołamy już zobaczyć się z teściem...
Na szybko zorganizowaliśmy opiekę dla naszych zwierzaczków i tym sposobem syn, który miał zostać w domu mógł razem z nami jechać do Polski
Wyjechaliśmy z domu w sobotę 14 lipca i po męczących 14 godzinach jazdy byliśmy u mojej mamy w domu. Przespaliśmy się tylko i w niedzielę o 9.00 rano już byliśmy u teściów...
Zdążyliśmy na ostatni moment...
Nawet nie wiem, czy teść był świadomy tego, że już jesteśmy...
Punktualnie o 12.00, po 45 minutach reanimacji lekarz stwierdził zgon...
Nasze wakacje zaczęły się żałobą. Potem jak w transie było załatwianie formalności i pogrzebu.
Problemy zaczęły się piętrzyć już podczas stypy, gdy chciałam odwieźć braci teścia do domu. Nagle okazało się, że nie mam paliwa, a podczas próby jego dolania z kanistra okazało się, że bak jest dziurawy i to w dwóch miejscach...
Byłam po prostu wściekła. Na oparach paliwa dojechałam do najbliższego warsztatu. W oczekiwaniu na nowy bak i jego wymianę pozostało mi poruszanie się komunikacją miejską...
Na haftowanie czasu nie było, choć zabrałam ze sobą wszystko co potrzebne, aby skończyć metryczkę i zacząć nowy projekt.
W piątek 20 lipca baaardzo wczesnym rankiem (4.30) z pomocą szwagra i jego samochodu odstawiłam syna na lotnisko w Pyrzowicach. Musiał wracać do domu, bo opieka nad zwierzaczkami zorganizowana była tylko do piątku wieczór...
W ten sam dzień wieczorem zostawiłam męża i córkę z teściową, a sama komunikacją miejską pojechałam do mojej mamy. Na cały weekend miałam zaplanowany pół roku wcześniej wyjazd z moją mamą i jej siostrą do Lichenia, w ramach wycieczki zorganizowanej przez parafię NSPJ w Bytomiu. Wprawdzie zbyt religijna nie jestem, ale ogólnie lubię zwiedzać kościoły więc ciekawa byłam tego Lichenia...
Pojechaliśmy na dwa dni wypełnione niemal po brzegi zwiedzaniem.
Na początek pojechaliśmy w miejsce znalezienia zwłok ks. J. Popiełuszki, a stamtąd do Torunia, na mszę do Sanktuarium Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Jana Pawła II. Uff, nawet udało mi się zapamiętać nazwę...
Na szczęście "Ojca Dyrektora" Rydzyka tam nie było, bo inaczej wyszłabym nawet w środku mszy...
Później mieliśmy "zwiedzić" TV Trwam i Radio Maryja, ale na nasze szczęście pojechaliśmy tylko do tego drugiego, gdzie ja, mama i ciotka zapowiedziałyśmy że do żadnego radia nie idziemy i zostałyśmy w autokarze.
Za to na zwiedzanie toruńskiej starówki z dowcipnym przewodnikiem poszłyśmy baaaaardzo chętnie.
Kolejnym etapem naszej wycieczki był już Licheń, gdzie o godzinie 20.00 zjedliśmy obiadokolację,  zakwaterowaliśmy się w pięknych pokojach Domu Pielgrzyma "Betlejem" i uczestniczyliśmy w Apelu Jasnogórskim.
Niedziela rano zaczęła się mszą o 7.30 w Bazylice. Potem było śniadanie i czas wolny do godziny 11.00. Postanowiłyśmy wejść na wieżę widokową, a potem pójść na Golgotę.
Udało nam się w połowie...
Wieża widokowa przywitała nas informacją o nieczynnej windzie... Normalnie winda dojeżdża do 27 piętra, a kolejne 4 piętra trzeba wejść po schodach. Teraz czekały nas 762 stopnie do przejścia pieszo, czyli 31 pięter... Spuchłam po przejściu 21 pięter... Moja mama również. Obie czerwone z wysiłku odpoczęłyśmy siedząc na wystającym legarze i powoli ruszyłyśmy w drogę powrotną, czyli w dół. Siostra mamy nie była aż tak wykończona jak my i po zejściu na parter próbowała wyciągnąć nas na Golgotę...
Ja powiedziałam pas... Trzęsły mi się nogi i musiałam posiedzieć w spokoju, a potem powoli parkiem w cieniu drzew wróciłam w okolice naszego zakwaterowania.
Obie panie też niestety nie przeszły całej Golgoty, bo zabrakło im na to czasu - w planach wycieczki były jeszcze inne atrakcje.
Tak więc w ekspresowym tempie pojechaliśmy do Lasku Grąblińskiego, gdzie w równie ekspresowym tempie obejrzeliśmy jedną kaplicę i popędziliśmy do Kalisza - do Sanktuarium św. Józefa, po drodze odwiedzając jeszcze miejsce narodzin i chrztu siostry Faustyny.
W Kaliszu zjedliśmy obiad (o 16.00) i po zwiedzeniu Sanktuarium mieliśmy czas wolny, który spędziliśmy w uroczej kafejce na kawie, piwie i lodach:
Do Bytomia wróciliśmy o 22.30.
Korzystając z wakacji wraz z córką odwiedziłyśmy trochę rodzinkę. Najpierw komunikacją miejską, a potem już własnym autem.  Mąż w tym czasie dotrzymywał towarzystwa swojej mamie.
Pod koniec naszego pobytu w Polsce dowiedzieliśmy się że zmarła chrzestna mojego męża...
W pogrzebie nie uczestniczyliśmy, bo musieliśmy wracać do domu.
Tym razem drogę mieliśmy zaplanowaną na dwa dni. Dzięki temu nie tylko ja mogłam jechać spokojniej i bez stresu, a do tego mogliśmy jeszcze odwiedzić dwie rodziny w Niemczech i u jednej z nich przenocować. Na dodatek przywiozłam ze sobą moją mamę, która zostanie u nas do końca września (albo i dłużej)
Do domu wróciliśmy 2 sierpnia, a już następnego dnia od rana mieliśmy zajęcia. Najpierw wizyta w szpitalu gdzie mąż miał zaplanowane badania EMG. Potem oczywiście były zakupy, bo syn prowadził kuchnię "studencką" - w lodówce miał szkło i światło. Na koniec zostało "odgruzowanie" mieszkania z kurzu i pajęczyn, bo syn owszem sprzątał, ale wyłącznie "rynek". Ale trzeba mu oddać honor - podłogi były czyste, zwierzątka odkarmione...

Mam nadzieję że tym postem nikogo nie zanudziłam. Wiem, że nie wszyscy chcą czytać o prywatnym życiu hafciarek i bardzo te osoby za ten post przepraszam. Czasem jednak czuję, że muszę choć troszkę uchylić "rąbka tajemnicy prywatnej" bo przecież nie samym hobby człowiek żyje.
Tak jestli ktoś dotrwał do tego momentu to chwała mu za to, bardzo się cieszę.
Następny post będzie już zdecydowanie bardziej robótkowy, bo muszę się pochwalić aż dwoma ukończonymi projektami, a może i pokażę Wam kolejny zaczęty...

Dziękuję Wam za wszystkie wasze odwiedziny i komentarze.
Katarzyna - nie wszyscy ukończyli nasz SAL, więc zawsze możesz zacząć
Agnieszka R - ja sobie przywiozłam mamę, która miała mnie troszkę odciążyć w obowiązkach domowych. Udało się aż do dziś, troszkę odpoczęłam mimo powrotu do pracy i nawet dość sporo udało mi się wyhaftować. Jednak teraz czeka mnie intensywny remontowy weekend a od poniedziałku zaczynam nowe obowiązki. I już czuję, że znowu będę gonić w piętkę a hafty pójdą w odstawkę...