niedziela, 23 września 2018

Planer poszedł się BuJać....

Na początku 2018 roku postanowiłam trochę ogarnąć rzeczywistość i spróbować żyć wg planu. Pokazywałam am nawet mój własny Bullet Journal (BuJo).
Na początku było fajnie - udało mi się zrealizować niemal ( z naciskiem na słowo "niemal") wszystkie zaplanowane prace hafciarsko-koralikowe:
1. Wykoralikowałam Świętą Rodzinę w prezencie dla mojej Mamy:
2. Skończyłam SAL z baletnicami:
3. Skończyłam Malwy:
4. Wyhaftowałam metryczkę dla synka chrześnicy:
5. Skończyłam SAL Cookie Time:
5. Uszyłam poszewki na poduszki, którymi chwaliłam się ostatnio:

Jak na chroniczny brak czasu to i tak dużo...
Potem przyszedł czerwiec i planer poszedł się BuJać... 
Miałam dużo spraw na głowie i problemów i zdecydowanie nie nadążałam za biegiem czasu.
Nie udało mi się wrócić do HEAD-ów. I choć w planach na ten rok było ukończyć choć jeden, to niestety... Ale o tym w innym poście.
Z wakacji w Polsce wróciliśmy 2 sierpnia i niemal z marszu wpadłam w wir pracy... Na szczęście w obowiązkach domowych pomagała mi mama, która przyjechała do nas "na trochę".  Jednak już 9 sierpnia okazało się, że to jej "trochę" może potrwać odrobinę dłużej. Dostałam wreszcie list ze szkoły językowej na który czekałam od... końca kwietnia. I tu od razu zonk - kurs zaczyna się już 13 SIERPNIA... Na dodatek w godzinach które nijak nie pasowały ani do mojego rozkładu zajęć zawodowo-zarobkowych, ani do planu lekcji w szkole mojej córki... I jak to zwykle bywa nijak nie dało się tego zmienić. Musiałam całkowicie "przeprogramować" swój grafik obowiązków...
W poniedziałek od 9.00 do 12.00 miałam kurs języka holenderskiego - pracę, którą w ten dzień wykonywałam musiałam przesunąć na czwartek, który wcześniej miałam wolny.
We wtorek i w piątek praca 0d 9.00- do 12.00
We środę - praca od 9.00 do 12.00, a od 13.00 do 16.00 kurs.
Wolny kiedyś czwartek zmienił się w pracujący do 12.00 czwartek.
Weekend wolny.
Od razu pojawił się problem co ze środą. W środę moje dziecko kończy szkołę o 12.30, a ja zaczynam kurs o 13.00 na drugim końcu miasta. Dopóki miała wakacje nie było problemu. Ale jak się już szkoła zaczęła (27.08)  to i owszem, problem zrobił się duży.
Nie dam rady w pół godziny zawieźć ją z miasta do domu i wrócić, a co dopiero zajechać w drugi koniec miasta. Niby w domu jest babcia i mogłaby ją odbierać, ale jak na złość w tych godzinach nie kursuje na naszą wieś żaden autobus. A piechotą to 3 km - trochę dużo jak na panią po 70 i 6 letnie dziecko...
Musiałam niestety zapewnić dziecku jakąś opiekę po szkole, tak żebym mogła ją odbierać wracając z kursu. Oczywiście trzeba było pojeździć w różne miejsca i pozałatwiać...
Gdy opieka po szkole została zapewniona moje dziecko oświadczyło, że MUSI nauczyć się pływać i w związku z tym ja MUSZĘ zapisać ją na basen. Cóż było robić? Holandia to jak Wenecja - ląd i wszechobecna woda. Lepiej żeby dziecko umiało pływać...
Zapisałam ją, zapłaciłam i od 28 sierpnia w każdy wtorek prosto po szkole jedziemy na basen... Żeby nie było tak łatwo - szkoła kończy się o 15.00, lekcja pływania zaczyna się o 15.45, a na basen samochodem to jakieś 5 minut drogi. Najpierw czekamy więc na swoją kolej, a potem dziecko idzie pływać a mama na kawę... i tak do 16.30 kiedy to lekcja się kończy a ja mogę ją odebrać i pomóc jej się wytrzeć i przebrać. I w ten sposób z 45 minut pływania robi się 1,5h... Tyle czasu w plecy, masakra...
Ale przynajmniej dziecko zadowolone ;)
Tu na zdjęciu z kuzynką:

Mało mi było zajęć w tygodniu to zapisałam dziecko na naukę religii do polskiego kościoła w Rotterdamie. Zajęcia z religii i języka polskiego odbywają się w co drugą sobotę i trwają od godziny 16.00 do 17.45. o 18.00 jest msza dla dzieci i pojem można już jechać do domu. Licząc że wyjeżdżamy o 15.00, a wracamy o 20.00 jest to kolejne 5h kiedy nie mogę zając się moim hobby :(
Jak komuś moich zajęć jeszcze mało to dodam, że zostałam zobligowana przez moją panią nauczycielkę z kursu (oczywiście nie tylko ja, ale cała grupa) do zapisania się do miejskiej biblioteki... 
Oto moja karta biblioteczna:
Na początek mamy czytać książki łatwe w odbiorze, cienkie, takie specjalnie dla ludzi z problemami językowymi. Takie jak te, na zdjęciu poniżej.
Oto moje pierwsze (prawie) przeczytane książki holenderskojęzyczne:
Ta pierwsza już przeczytana, ta druga w trakcie...
Oprócz tego musiałam znaleźć sobie jakiegoś kogoś, kto by mi pomógł w konwersacji po holendersku... 
Bo z moim holenderskim jest tak, że niby ja bardzo dużo rozumiem, ale z odpowiedziami to już jest znacznie gorzej. Tak "Kali mieć" i "Kali umieć". A z kursu muszę skorzystać, bo po 1 jest darmowy, a po drugie jest bardzo fajnie prowadzony. Przyznam się ze przez ponad miesiąc dużo nowych rzeczy się nauczyłam. No i do tego ta biblioteka i książki... Prawie zapomniałam już, że ja kocham książki i że kiedyś pochłaniałam je tonami...

No dobra, ponarzekałam sobie na brak czasu na haft. Za to kalendarz zajęć mam pełny i nuda mi jak na razie nie grozi.
Mama dzielnie mi pomagała. Trochę sprzątała, ale głownie nam wszystkim gotowała. 
Przez ostatni tydzień miałam gości z Polski. Przyjechał mój brat z żoną i dwuletnią córką. Gdy wyjeżdżali mama zabrała się z nimi. Z jednej strony będzie mi brakować jej wsparcia w pracach domowych, a z drugiej strony... wiecie jak to jest gdy ktoś kręci się wam po domu. Niby nie jest to obca osoba, ale z biegiem czasu jej obecność zaczyna uwierać jak kamyk w bucie...
Od jej wyjazdu zastanawiam się nad powrotem do mojego planera. Teraz już nie chodzi o ogarnięcie rzeczywistości, bo jak na razie, przynajmniej przez najbliższe pół roku nie zmienią się godziny moich zajęć. Chodzi bardziej o znalezienie czasu na naukę i hobby. Coś jak:
- w poniedziałek haft, we wtorek nauka, w środę szycie, w czwartek druty...
Muszę to jeszcze przemyśleć i jakoś sensownie rozpisać. Może się jeszcze tym na blogu pochwalę...
No i znowu się rozpisałam, a miałam pokazać nowy haft... Ale wiem, że cierpliwie poczekacie do następnego postu ;)

Kochane uczestniczki SAL-u Cookie Time - jeśli któraś ze spóźnialskich ma jeszcze jakieś zaległe fotki do opublikowania to proszę mi jeszcze podesłać. Szczególnie zdjęcia całości pracy. Chcę za tydzień zrobić post podsumowujący.

Dziękuję wam za wszystkie komentarze. Obiecuję, że to jeszcze nie koniec recyklingu. Coś jeszcze powstanie, tylko muszę znaleźć na to czas...
Malgorzata Zoltek - ja też się boję, ale próbuję przełamać ten strach :)
Renka, Kreatywna TV - mam takie samo zdanie

sobota, 8 września 2018

Były sobie jeansy...

Cztery miesiące temu zaczęłam pisać posta:
"Jakoś tak dziwnie ostatnio czas mi się skurczył, kwiecień przeminął nawet nie wiem kiedy. Pięknej pogody było raptem kilka dni, a reszta to deszcze, pluchy i wietrzyska jakby w listopadzie. I niby skończyłam chustę, niby dłubię te Malwy i do tego w dwa dni zrealizowałam całkowicie inny handmaedowy projekt, ale wciąż mi się wydaje że czas ucieka a ja nie nadążam..."
I tak sobie ten post "wisiał" jako post roboczy.
Zdążyłam skończyć Malwy, wyjechać na wakacji i z nich wrócić, zacząć nowy projekt (i go skończyć), w końcu zdążyłam zacząć realizować moje plany osobiste a do posta jakoś nie umiałam wrócić.
Dziś postanowiłam się zmobilizować i pokazać Wam, co takiego ciekawego zrobiłam.
Jak w tytule - były sobie jeansy. I to nie jedne, a kilka par. Znoszonych, przetartych, dziurawych lub za małych.

Zbierałam je namiętnie jakiś czas z myślą, żeby coś z nich KIEDYŚ uszyć. Parę lat temu udało mi się z jednej pary jeansowych rybaczków uszyć małą torebkę, którą chwaliłam się TUTAJ.
W kwietniu stwierdziłam, że właśnie nadeszło to KIEDYŚ.
Miałam pilną potrzebę uszycia poszewek na poduszki. Jakiś czas temu kupiłam sobie 6 poduszek w fajnych kolorowych poszewkach w białe grochy - dwie pomarańczowe, dwie zielone i dwie różowe.
Tu na zdjęciu jedną z poduszek "pilnuje" nasz najstarszy piesek:

Niestety z biegiem czasu i pod wpływem intensywności prania owe poszewki zaczęły "rozłazić się" w szwach. Coraz gorzej to wyglądało i stwierdziłam, że trzeba coś z tym zrobić.
Okazało sie jednak, że najpierw muszę uszyć nowe poszewki na wypełnienie, bo to co do tej pory tam było też już wyglądało tragicznie.
Po paru dniach/tygodniach walki z maszyną, nićmi i materiałem miałam gotowe 4 poszewki:
Każda z nich jest inna - uszyta z innej pary spodni. Czasem nawet z kilku par, tak jak ta:
i ta:
Poduszki szyte były, jakby to ująć - "na pałę", czyli bez żadnego wykroju. Tu ucięłam, tam przyszyłam, tu skróciłam i jakoś poszło. Niestety muszę się przyznać, że poległam na guzikach...
Gdy w maju na urodziny syna przyjechała moja mama to nie tylko przywiozła mi swoje latami zbierane guziki, ale też pomogła mi zrobić dziurki na wybrane guziki.
Tak moje poduszki prezentują się "z drugiej" strony:
Nie twierdzę, że są idealne. Ale to nie ważne. Ważne, że są własnoręcznie uszyte. No dobra, z małą pomocą mamy ;)
Reszta jeansu (a mam go dużo) musi poczekać na inne czasy. Mam jeszcze dużo planów co do tego materiału, ale niestety brak mi czasu na jego realizację i dlatego znowu moje plany muszę odłożyć do kolejnego KIEDYŚ...

Dziękuję Wam wszystkim za Wasze komentarze
Karolina - może i u ciebie nadejdzie w końcu to magiczne KIEDYŚ ;)
Anula - może i wyglądałyby lepiej, ale nie lubię ciemnej kanwy. Mam awersję po 1 hafcie....
Agula Aga, Anek73 - no właśnie, ja też bardzo sie zdziwiłam. Byłam w 100% pewna, że co najmniej dwa z nich są jednakowej wielkości...
No chyba że ja coś pomieszałam podczas haftowania i gdzieś dodałam kilka rzędów...
Właśnie sprawdziłam na stronie Coricamo - wzór graficzny zarówno Irysów i Malw ma taki sam rozmiar - 150x400. Więc albo ja się machnęłam, albo co nie tak jest ze wzorem który posiadam...

Pozdrawiam serdecznie

wtorek, 21 sierpnia 2018

Kwiatowe trio juz na ścianie

Nie wiem, czy pamiętacie, ale w maju pisałam, że rzutem na taśmę skończyłam moje Malwy. Pojechały do Polski jeszcze "gorące" - mama obiecała je wyprać i wyprasować. Po miesiącu były juz oprawione i z początkiem sierpnia wróciły ze mną do domu.
Tak się prezentowały zaraz po odpakowaniu z folii:
A tak już na ścianie:
A tak wyglądają w towarzystwie pozostałych dwóch:
I tu małe rozczarowanie - nie wiem dlaczego, ale cały czas wydawało mi się, że Malwy mają taki sam rozmiar jak Słoneczniki... Tymczasem wyszło na to, że każdy z obrazów ma inny wymiar.
Po drugie - długo tak nie powisiały, bo z Polski oprócz obrazu i typowo spożywczych zakupów przywiozłam też tapety do salonu...
Po tygodniu od powrotu z Polski obrazy zostały zdjęte na czas tapetowania. I tu dokładnie widać różnice w wymiarach:
Tapetowanie na szczęście nie trwało zbyt długo i Kwiatowe Trio mogło wrócić na swoje miejsca. No prawie na swoje miejsca. Tak prezentują się teraz:
Pękam z dumy i zaczynam nowy projekt. W końcu jeszcze trochę ścian mam...
Niestety nadal wolny czas mi się kurczy...

Dziękuję Wam za wszystkie pozostawione komentarze.
Agula-Aga - Ja wiem ze auto rzecz nabyta, ale bez auta jak bez ręki, szczególnie w moim wypadku. Co do Lichenia, to przyznam ze bardziej przytłoczyła mnie ta Bazylika w Toruniu. Licheń jest piękny, ale miałam zdecydowanie za mało czasu na spokojne obejrzenie wszystkiego.
Pozdrawiam serdecznie

piątek, 17 sierpnia 2018

Metryczka dla Bartusia

W niedzielę 3 czerwca moja chrześnica urodziła syna. Zdrowy, duży chłopczyk przyszedł na świat o 3 tygodnie za wczesnie, ale dostał 10 punktow w skali Apgar.
Ja jako dobra ciocia swoim zwyczajem zaczęłam haftować metryczkę.
Miałam 2 miesiące czasu, ale i tak się nie wyrobiłam. Jakoś nawet zdjęć mie porobiłam...
Do Polski jechałam z robótką, w której brakowało części konturów i napisów oraz z kupioną już ramką i kilkoma drobiazgami dla maluszka. Generalnie kontury i napisy miałam zrobić w jeden wieczór i spokojnie zacząć nową robótkę.
 Ale wyszło jak wyszło - dopiero po powrocie z Lichenia udało mi się przysiąść i skończyć. Następnego dnia zawiozłam materiał do mojej nieocenionej mamy, która mi go wyprała i wyprasowała. U teściowej nie było na to warunków - trzeba było wyremontować jeden pokój...
Byłam już umowiona na wizytę do mojej chrzesicy, ale kilka godzin wczesniej siedzialam jeszcze nad oprawą obrazka. Na szczęście nie było to zbyt skomplikowane i efekt mnie zadowala:
Mojej chrześnicy też się bardzo podoba, a Bartuś jeszcze nie potrafił powiedzieć co o tym sądzi :)

Kochane moje bardzo serdecznie Wam dziękuję za wyrazy wspólczucia...
Piegucha - to może jakaś kawa gdzieś w Holandii? Bo do Polski to się chwilowo nie wybieram
Iwa - niestety nie każdy uważa tak jak ty, a szkoda...
Malgorzata Zoltek - serdecznie wyrazy współczucia... Jak widać nieszczęscia chodzą parami...



piątek, 10 sierpnia 2018

Post zdecydowanie za długi i zupełnie nierobótkowy...

Pod koniec maja pisałam, że powoli wyrabiam się z haftami i mam nadzieję, że moje życie zawodowo-rodzinne ustabilizuje się na tyle, że znów będę miała czas (duuuuuużo czasu) na moje haftowanki.
Niestety jak to zwykle bywa życie pisze swój scenariusz, nie zawsze zgodny z naszymi oczekiwaniami.
Koniec maja i początek czerwca upłynął nam na poszukiwaniu samochodu. Masz wysłużony pojazd marki Citroen Xsara Picasso koloru granatowego był już pełnoletni, miał łuszczący się od lakieru dach i walniętą uszczelkę pod głowicą...
O ile po najbliższej okolicy jeszcze jakoś tam jeździłam, to niestety odpadały wszystkie dalsze trasy, a wyjazdy do Polski były wręcz niemożliwe. Dlatego do tej pory jeździliśmy busami firm przewozowych.
Teraz miało się to zmienić. Mieliśmy odłożone jakieś tam pieniążki i planowaliśmy kupić inny samochód. Oczywiście z używany, ale zdecydowanie młodszy od naszego starego.
Ponad 3 tygodnie szukaliśmy i jeździliśmy po różnych komisach niemal w całej Holandii. Kilku sprzedawców chciało nas ewidentnie oszukać, ale w końcu udało nam się znaleźć całkiem fajny, zadbany i niezbyt drogi egzemplarz.
Panie i Panowie przedstawiam Wam nasz nowy nabytek - Citroen Xsara Picasso, kolor szary metalik, rocznik 2006:
Z zakupu jestem mega zadowolona. Autko na trasie Holandia-Polska i Polska-Holandia sprawdziło się idealnie. Zanim jednak wyruszyliśmy w wyżej wymienioną trasę (czyli na wakacje) trzeba było autko sprawdzić technicznie, naprawić klimę oraz wymienić opony.
Kilka dni spędziłam więc w rozjazdach pomiędzy mechanikami, a w międzyczasie skończyłam mój SAL-owy sampler i zaczęłam haftować metryczkę, o której będzie osobny post.
Pod koniec czerwca dowiedzieliśmy się, że chorujący na Parkinsona i Alzheimera teść trafił do szpitala z powodu bardzo poważnych problemów z pęcherzem, a teściową powalił silny atak rwy kulszowej...
Zaczęły się dla nas bardzo nerwowe dni, wszystko zeszło na dalszy plan.
Chorymi teściami opiekował się szwagier z żoną, a my codziennie dzwoniliśmy do nich z zapytaniem o zdrowie i wysłuchiwaliśmy narzekań na polską służbę zdrowia, na procedury, na brak leków i pomocy. O ile teściowa powoli dochodziła do siebie o tyle stan teścia pogarszał się z dnia na dzień.
Tydzień przed planowanym wyjazdem zaczęliśmy się obawiać, że nie zdołamy już zobaczyć się z teściem...
Na szybko zorganizowaliśmy opiekę dla naszych zwierzaczków i tym sposobem syn, który miał zostać w domu mógł razem z nami jechać do Polski
Wyjechaliśmy z domu w sobotę 14 lipca i po męczących 14 godzinach jazdy byliśmy u mojej mamy w domu. Przespaliśmy się tylko i w niedzielę o 9.00 rano już byliśmy u teściów...
Zdążyliśmy na ostatni moment...
Nawet nie wiem, czy teść był świadomy tego, że już jesteśmy...
Punktualnie o 12.00, po 45 minutach reanimacji lekarz stwierdził zgon...
Nasze wakacje zaczęły się żałobą. Potem jak w transie było załatwianie formalności i pogrzebu.
Problemy zaczęły się piętrzyć już podczas stypy, gdy chciałam odwieźć braci teścia do domu. Nagle okazało się, że nie mam paliwa, a podczas próby jego dolania z kanistra okazało się, że bak jest dziurawy i to w dwóch miejscach...
Byłam po prostu wściekła. Na oparach paliwa dojechałam do najbliższego warsztatu. W oczekiwaniu na nowy bak i jego wymianę pozostało mi poruszanie się komunikacją miejską...
Na haftowanie czasu nie było, choć zabrałam ze sobą wszystko co potrzebne, aby skończyć metryczkę i zacząć nowy projekt.
W piątek 20 lipca baaardzo wczesnym rankiem (4.30) z pomocą szwagra i jego samochodu odstawiłam syna na lotnisko w Pyrzowicach. Musiał wracać do domu, bo opieka nad zwierzaczkami zorganizowana była tylko do piątku wieczór...
W ten sam dzień wieczorem zostawiłam męża i córkę z teściową, a sama komunikacją miejską pojechałam do mojej mamy. Na cały weekend miałam zaplanowany pół roku wcześniej wyjazd z moją mamą i jej siostrą do Lichenia, w ramach wycieczki zorganizowanej przez parafię NSPJ w Bytomiu. Wprawdzie zbyt religijna nie jestem, ale ogólnie lubię zwiedzać kościoły więc ciekawa byłam tego Lichenia...
Pojechaliśmy na dwa dni wypełnione niemal po brzegi zwiedzaniem.
Na początek pojechaliśmy w miejsce znalezienia zwłok ks. J. Popiełuszki, a stamtąd do Torunia, na mszę do Sanktuarium Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i Jana Pawła II. Uff, nawet udało mi się zapamiętać nazwę...
Na szczęście "Ojca Dyrektora" Rydzyka tam nie było, bo inaczej wyszłabym nawet w środku mszy...
Później mieliśmy "zwiedzić" TV Trwam i Radio Maryja, ale na nasze szczęście pojechaliśmy tylko do tego drugiego, gdzie ja, mama i ciotka zapowiedziałyśmy że do żadnego radia nie idziemy i zostałyśmy w autokarze.
Za to na zwiedzanie toruńskiej starówki z dowcipnym przewodnikiem poszłyśmy baaaaardzo chętnie.
Kolejnym etapem naszej wycieczki był już Licheń, gdzie o godzinie 20.00 zjedliśmy obiadokolację,  zakwaterowaliśmy się w pięknych pokojach Domu Pielgrzyma "Betlejem" i uczestniczyliśmy w Apelu Jasnogórskim.
Niedziela rano zaczęła się mszą o 7.30 w Bazylice. Potem było śniadanie i czas wolny do godziny 11.00. Postanowiłyśmy wejść na wieżę widokową, a potem pójść na Golgotę.
Udało nam się w połowie...
Wieża widokowa przywitała nas informacją o nieczynnej windzie... Normalnie winda dojeżdża do 27 piętra, a kolejne 4 piętra trzeba wejść po schodach. Teraz czekały nas 762 stopnie do przejścia pieszo, czyli 31 pięter... Spuchłam po przejściu 21 pięter... Moja mama również. Obie czerwone z wysiłku odpoczęłyśmy siedząc na wystającym legarze i powoli ruszyłyśmy w drogę powrotną, czyli w dół. Siostra mamy nie była aż tak wykończona jak my i po zejściu na parter próbowała wyciągnąć nas na Golgotę...
Ja powiedziałam pas... Trzęsły mi się nogi i musiałam posiedzieć w spokoju, a potem powoli parkiem w cieniu drzew wróciłam w okolice naszego zakwaterowania.
Obie panie też niestety nie przeszły całej Golgoty, bo zabrakło im na to czasu - w planach wycieczki były jeszcze inne atrakcje.
Tak więc w ekspresowym tempie pojechaliśmy do Lasku Grąblińskiego, gdzie w równie ekspresowym tempie obejrzeliśmy jedną kaplicę i popędziliśmy do Kalisza - do Sanktuarium św. Józefa, po drodze odwiedzając jeszcze miejsce narodzin i chrztu siostry Faustyny.
W Kaliszu zjedliśmy obiad (o 16.00) i po zwiedzeniu Sanktuarium mieliśmy czas wolny, który spędziliśmy w uroczej kafejce na kawie, piwie i lodach:
Do Bytomia wróciliśmy o 22.30.
Korzystając z wakacji wraz z córką odwiedziłyśmy trochę rodzinkę. Najpierw komunikacją miejską, a potem już własnym autem.  Mąż w tym czasie dotrzymywał towarzystwa swojej mamie.
Pod koniec naszego pobytu w Polsce dowiedzieliśmy się że zmarła chrzestna mojego męża...
W pogrzebie nie uczestniczyliśmy, bo musieliśmy wracać do domu.
Tym razem drogę mieliśmy zaplanowaną na dwa dni. Dzięki temu nie tylko ja mogłam jechać spokojniej i bez stresu, a do tego mogliśmy jeszcze odwiedzić dwie rodziny w Niemczech i u jednej z nich przenocować. Na dodatek przywiozłam ze sobą moją mamę, która zostanie u nas do końca września (albo i dłużej)
Do domu wróciliśmy 2 sierpnia, a już następnego dnia od rana mieliśmy zajęcia. Najpierw wizyta w szpitalu gdzie mąż miał zaplanowane badania EMG. Potem oczywiście były zakupy, bo syn prowadził kuchnię "studencką" - w lodówce miał szkło i światło. Na koniec zostało "odgruzowanie" mieszkania z kurzu i pajęczyn, bo syn owszem sprzątał, ale wyłącznie "rynek". Ale trzeba mu oddać honor - podłogi były czyste, zwierzątka odkarmione...

Mam nadzieję że tym postem nikogo nie zanudziłam. Wiem, że nie wszyscy chcą czytać o prywatnym życiu hafciarek i bardzo te osoby za ten post przepraszam. Czasem jednak czuję, że muszę choć troszkę uchylić "rąbka tajemnicy prywatnej" bo przecież nie samym hobby człowiek żyje.
Tak jestli ktoś dotrwał do tego momentu to chwała mu za to, bardzo się cieszę.
Następny post będzie już zdecydowanie bardziej robótkowy, bo muszę się pochwalić aż dwoma ukończonymi projektami, a może i pokażę Wam kolejny zaczęty...

Dziękuję Wam za wszystkie wasze odwiedziny i komentarze.
Katarzyna - nie wszyscy ukończyli nasz SAL, więc zawsze możesz zacząć
Agnieszka R - ja sobie przywiozłam mamę, która miała mnie troszkę odciążyć w obowiązkach domowych. Udało się aż do dziś, troszkę odpoczęłam mimo powrotu do pracy i nawet dość sporo udało mi się wyhaftować. Jednak teraz czeka mnie intensywny remontowy weekend a od poniedziałku zaczynam nowe obowiązki. I już czuję, że znowu będę gonić w piętkę a hafty pójdą w odstawkę...

niedziela, 5 sierpnia 2018

Sal Cookie Time - motyw ostatni

W poprzednim poście obiecałam, że napiszę dlaczego ostatnio nie mam na nic czasu. Niestety nie wyszło. Nie miałam czasu przed wyjazdem na wakacje, ani podczas wakacji (powiedziałabym nawet pseudowakacji), ale mam nadzieję, że nadrobię to teraz. Mam już plany na kolejne 3 posty, ale dziś zgodnie z tytułem pokażę Wam postępy w naszym Sal-u Cookie Time.
Jak już pewnie zdążyłyście się zorientować nasz Sal dobiegł końca i dziś czas na opublikowanie motywu ostatniego, czyli piernikowych ludzików.
Na początek jak zawsze moje postępy:
I tu muszę się przyznać z ręką na sercu, że gdybym tego motywu nie wyhaftowała na początku czerwca, to dziś nie miałąbym się czym chwalić...
A tak wyglądają Wasze postępy:
1. Małgosia - Magiczny świat Krzyżyków:
2. Karolina - Moje Hobby:
3. Beata - Beaty Hafty, kgtórej udało się nas dogonić i dziś mogę pokazać jej dwa motywy:
4. Agata - Hafty Agaty:
5. Małgosia - Margo i Nitka, która tym razem chwali się swoim motywem już po okonturowaniu:
6.  Cytrulina - Cytrulina Hand Made:
Z racji tego, że są wakacje i nie wszystkim udało się znaleźć czas na haftowanie postanowiłam że ten dzisiejszy post nie będzie ostatnim postem Sal-owym. Choć kilka osób podesłało mi zdjęcia całęgo samplera (ba, niektóre są już nawet w ramce), to te zdjęcia opublikuję dopiero za miesiąc jako podsumowanie całego SAL-u.
Może do tego czasu ktoś jeszcze podgoni hafcik i pochwali się swoimi postępami. Mam nadzieję, że się o to nie będziecie gniewać.
Kto jeszcze nie posłał mi zdjęcia całości to proszę by to zrobił najpóźniej do 2 września.

Lidzia - nie wiem czy by ci się podobało na moim "urlopie". Wkrótce napiszę dlaczego,
Agata - dziekuję. Wypoczynek udał się połowicznie. W zasadzie to mogłabym powiedzieć, że teraz to ja muszę odpocząc po wakacjach...
Magdus208 - ja włąśnie wracam do haftowania i mam nadzieję, że teraz będę częściej mogłą pokazać swoje postępy.

Pozdrowienia dla wszystkich

poniedziałek, 2 lipca 2018

SAL Cookie Time po raz 8

Dawno mnie tu nie było. Tzn bywalam, oglądałąm wasze blogi ale mało kiedy miałam czas na komentowanie. Coś ostatnio zalatana jestem, postaram się o tym opowiedzieć w następnym poście, może jutro lub za tydzien. Jak znajdę czas - wybaczcie.
Dziś też wpadłam na szybko żeby posta napisać o naszym SALu.
Nie wszyscy się wyrobili, ale wiadomo - wakacje.
Oto mój motyw:
I reszta uczestniczek w kolejności nadsyłania:
1. Małgosia - Magiczny Świat Krzyżyków:
 2. Sylwia, czyli Ruda Mama i Jej Pasje, która została odrobinę z tyłu, ale dzielnie nadrabia zaległości:
 3. Karolina - Moje Hobby:
 4. Agata - Hafty Agaty:
5. Małgosia - Margo i Nitka:
Ja za dwa tygodnie wyjeżdzam do Polski, ale 2 sierpnia będę już z powrotem w domu, więc kto do niedzieli 5 sierpnia da radę wyhaftować jakikolwiek motyw to niech podeśle zdjecie.
Za miesiąc niestety pokazemy ostatni już motyw SAL-u. Chyba czas wymyśleć nową zabawę ;)

Dziękuję że tu zaglądacie i komentujecie (mimo wszystko). Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 3 czerwca 2018

Sal Cookie Time - motyw 7

Dziś napiszę tylko tyle - przepraszam, że post SAL-owy nie ukazał się 1 czerwca. Ja się w tygodniu po prostu  nie wyrabiam. Przez cały dzień korzystam tylko z telefonu, nie mam czasu an spokojne napisanie postu, a wieczorami padam "na pysk" i już nie mam siły myśleć co napisać.
Wybaczcie zatem i obejrzyjcie nasze SAL-owe postępy.
1. Mój (tak dla przypomnienia):
 2. Małgosia - Magiczny świat krzyżyków:
3. Agata - Hafty Agaty:
4. Beata - Beaty Hafty:
5. Karolina - Moje Hobby - dziś pokazuje aż trzy motywy. I tu muszę się przyznać, że przegapiłam jeden podesłany mi przez Karolinę motyw. Dlatego pokazuję go dziś. Przepraszam:
6. Małgosia - Margo i Nitka:
7.  Cytrulina - Cytrulina Hand Made:
To by było na tyle. Kolejny motyw już do Was leci. Liczę, że się wyrobimy do 1 lipca ;)

Dziękuję serdecznie za Wasze komentarze:
- Elżbieta K, Renka, Jagna - widzę że wiecie o czy mowię...
- Lidzia - dawaj, przyjmę każdą ilość wolnego czasu.... ;)
- Magdus208 - nic się nie martw, nadrobisz :)
- Alicjo dziękuję - chętnie zajrzę w wolnej chwili

Pozdrawiam

poniedziałek, 28 maja 2018

Jakoś się wyrobiłam...

Od pewnego czasu zauważam, że ciągle jestem z czymś do tyłu, że nie nadążam, nie wyrabiam i że wszystkie moje plany biorą w łeb...
Nie pomaga nawet mój planer, który nota bene po powrocie z Polski (początek marca) poszedł w odstawkę, bo ciągle brakowało mi czasu żeby coś zaplanować. A jak już miałam coś zaplanowane, to dzwonił telefon/przychodził sms bądź wiadomość Whatsapp i wszystko się zmieniało.
Przeważnie dzwonił koordynator a Sandd i prosił o wzięcie do rozniesienia poczty na dodatkowym rejonie. W większości wypadków bywałam asertywna i mówiłam NIE, ale zdarzały się sytuacje, że nie sposób było odmówić.
Od 1 kwietnia i tak przybyło mi pracy, bo z braku ludzi (doręczycieli) wszystkie rejony zostały powiększone średnio o 3-4 ulice, a co za tym idzie zwiększyła się ilość przesyłek jak i ich ciężar. Finanse też się odrobinę zwiększyły, no ale nie kasa jest najważniejsza... Jak ktoś pada na nos po jednym rejonie, to trudno żeby robił dwa...
Ostatnie dwa tygodnie to była "jazda bez trzymanki" - jakoś niespodziewanie dużo pracy i zajęć poza domem. Wychodziłam o 8.00, wracałam o 15.00. Albo wracałam wcześniej tylko po to by za godzinę/dwie znów wyruszyć.
Kolejny tydzień też taki będzie, ale przysięgam że to już ostatni taki tydzień. Nie daję rady, nie wyrabiam, ciągle chodzę zmęczona, senna i rozdrażniona...
Na szczęście czasami wieczorami mogę troszeczkę odpocząć przy krzyżykach. I tak powolutku wieczorami (w poprzedni weekend miałam gości) wydłubałam zaległy motyw SAL-u Cookie Time:
 I całość:
Od razu po skończeniu jednego motywu zabrałam się za drugi i też go tak wieczorami po troszeczku dłubałam. Ten weekend był już na szczęście całkowicie na luzie i mogłam dokończyć siódmy już motyw:
 I całość po raz kolejny:
Nawet szybko się haftowało - w sumie to tylko 4-5 kolorów plus kontury. Nie wiem, czy faktycznie tak wyglądają chińskie ciasteczka z wróżbami, ale tak było na schemacie i tak wyhaftowałam.
Teraz czekam na Wasze zdjęcia - w niedzielę postaram się pokazać je wszystkie.
Co do mnie, to "wisi" u mnie jeden post roboczy, o zupełnie czymś innym niż krzyżyki czy druty, ale on "nabiera mocy urzędowej". To coś nie jest jeszcze tak do końca wykończone (mam jakieś 98%) i nie wiem kiedy zdołam to coś ukończyć a post opublikować.
Do tego w planach mam dwie metryczki i jakiś hafcik pasowałoby zabrać na wakacje...
Mam nadzieję, że naprawdę jeszcze tydzień i wszystko wróci do jako takiej stabilizacji. Do "jako-takiej", bo są jeszcze dwie nierozstrzygnięte sprawy, ale to już temat na "po wakacjach" ;)

Dziękuję wszystkim za Wasze komentarze i zachwyty nad Malwami. Ramka ma być współgrająca z pozostałymi dwoma, mam nadzieję, że będzie wręcz taka sama
- Lidzia, ja też tak kiedyś mówiłam, że wolę mniejsze a teraz jestem z siebie mega dumna, ze dałam radę tym 3 obrazom
- Vipek - przeważnie haftuję na Aida 14
- Monika Blezien - zdjęcie z pewnością się pokaże, ale dopiero na początku sierpnia
- krokusik - sama siebie podziwiam  ;)

Pozdrawiam serdecznie