niedziela, 9 grudnia 2018

Komin - szyjogrzej dla męża



Niestety nie pokażę Wam dziś moich hafciarskich postępów, a to z tego powodu, że chwilowo zakopałam się (i to dosłownie) w moich wełnianych motkach....
Jak już pisałam w poprzednim poście mój czerwony szal Snoweko wrócił na druty:
Zrobiłam kilka rzędów i stwierdziłam, że jednak ten szal odłożę i zacznę coś innego.
Mąż marudził, że zimno mu w szyję podczas wieczornych spacerków z naszymi pieskami, że niby szalik ma, ale jakoś się nie układa i wiecznie musi go poprawiać. Mój mąż ubiera się "na cebulkę" i nie lubi grubych swetrzysk w wysokim golfem, postanowiłam więc że zrobię  mu taki komin-szyjogrzej.
Wybór padł na wzór z Dropsa Snuggles. Wydawał się całkiem łatwy dla takiej dziergaczki jak ja. Nabrałam więc zalecane 120 oczek na druty z żyłką nr i 4 zaczęłam z zapałem. Po kilku godzinach pracy (oczywiście nie jednym ciągiem) miałam tyle:
Tak to wyglądało pod koniec pierwszego motka. Miałam też dziwne wrażenie, że komin wychodzi zbyt szeroki. Robiłam jednak dalej, na początku w tajemnicy przed mężem, bo chciałam by komin był w prezencie.
Gdy już podzieliłam komin na dwie części (przód i ty) i zrobiłam przód zdecydowałam, że jednak pokażę to mężowi. Niech przymierzy i powie czy dobre...
No i w tym momencie więcej Wam pokazać nie mogę, bo oboje z mężem stwierdziliśmy, że coś nie tak. Komin zupełnie nie przypominał tego, co na zdjęciu na stronie Dropsa.
Golf, który w zamierzeniu (i na fotce) miał opinać i grzać szyję w rzeczywistości przypominał smętnie zwisające "coś", co mąż porównał do końskiego chomąta.
Nie powiem żeby mi się nie zrobiło przykro. Ale sama widziałam, że coś jest nie halo i czym prędzej wszystko sprułam.
Następnego dnia postanowiłam zacząć od nowa. Zmieniłam jednak ilość oczek i zamiast zalecanych 120, na druty nabrałam jedynie 102 oczka. Cyfra nie była taka zupełnie przypadkowa. Musiała dac się podzielić na 2 (tyle samo oczek na przód co na tył), a dodatkowo na 3. Czemu na 3? Otóż wg schematu wciąż powtarzają się 3 oczka:
Tym razem postanowiłam robić nie na żyłce, ale na 5 drutach. Zaczęłam w zeszłą niedzielę.
Pomimo tego, że lata świetlne nie robiłam na 5 drutach (4-5 klasa szkoły podstawowej) to zdecydowanie szło mi dość szybko.
Zdjęcie zrobiłam niestety już po podzieleniu robótki na 2 części:
Na pierwszy rzut oka widać, że zdecydowanie inaczej wychodzi. Że bardziej przypomina golf.
Dziś udało mi się komin wykończyć i zrobić fotki:
Tak wygląda wykończony kompletnie komin wg zmodyfikowanego odrobinkę wzoru Snuggles ze strony Dropsa. Jak widać nawet znaczek "Handmade" zdążyłam przyszyć :D
A tak wygląda komin-szyjogrzej na "modelu":
Jeszcze powinnam go wyprać i uformować, ale mąż już dziś spacerował w nim z pieskami i był baaaaaaaardzo zadowolony. A to chyba najważniejsze...
Udało mi się też zrobić kolejne kompletne powtórzenie wzoru mojego szala. Teraz mam już w sumie 30 powtórzeń i jeszcze dość sporo włóczki. Muszę się zastanowić czy już zakończyć czy zrobić jeszcze ze 2 powtórzenia.

Hafty też wam pokażę - obiecuję. Chwilowo jednak są odrobinę zasypane włóczkami i jak zwykle tradycyjnie zabrakło muliny na tło... Może w tym tygodniu znajdę czas na zrobienie fotek i dokupienie muliny. 
Do niedzieli postaram się też wysłać kolory mulin potrzebne do naszego SAL-u. Musze się przyznać, że całkiem o tym zapomniałam :(

Bardzo Wam dziękuję za wszystkie pozostawione komentarze.
Elżbieta K - czyli sama sobie zadałam terapię :D. Dzięki za podpowiedź wzoru, może skorzystam.
AsiaB - nie, nie porzucę, będę jakoś robić etapami. Może tak jak kiedyś haftowałam co tydzień coś innego to teraz będę tydzień haftować, tydzień dziergać, tydzień robić milion innych rzeczy :D
Promyk - a ja myślałam ze jest tylko hafciarskie ADHD... Obiecuję pokazać wszystko co zrobię
Margonitka - dziękuję za ciepłe słowa. Też kocham ten kolor, a mam jeszcze 1,5 motka więc pewnie coś oprócz szala powstanie (w wolnych chwilach)
Katarzyna - dziękuję. Możesz nie wierzyć, ale ja niedawno też tak myślałam...
Anek73 - piękne, prawda? Już mnie "druty świerzbią" żeby zacząć sukienkę, ale obiecałam sobie że to na końcu. Chwilowo jest kolejka prac, a sukienka to jednak wyzwanie - karczek, rękawy...
Merry - rozbawiłaś mnie :D
Irena - oj tak, czas to by się przydał. Zdecydowanie...






piątek, 23 listopada 2018

Oszalałam, ale proszę nie wzywać psychiatry....

Oszalałam, palma mi odbiła, ale chyba pozytywnie....
Ale od początku.
Na początku był wyjazd do Polski na Wszystkich Świętych. Wyjeżdżaliśmy w niedzielę 28 października (czyli już prawie miesiąc temu). Pomimo zapewnień, że nie bierzemy dużo bagaży to nasze autko było dziwnie obładowane... W moim bagażu oczywiście znalazła się rozpoczęta jeszcze przed wyjazdem robótka.
I co? I nic - miałam 5 dni wolnego czasu, ale niestety na kanwie nie przybył ani jeden krzyżyk. Ba, haft w ogóle nie został wyjęty z walizki....
Za to udało mi sie przeczytać holenderską książkę. Późną nocą gdy wszyscy spali, w łóżku przy nocnej lampce... Tak mnie wciągnęła że niemal co noc czytałam do 2.00 w nocy i co dziwne rano nie bywałam ani śpiąca ani zmęczona! No ale nie musiałam wstawać o 7.00 rano, więc mogłam sobie na to pozwolić.
Chciałam się w Polsce wszystkim dookoła pochwalić własnoręcznie wydzierganą chustą, ale niestety - było na to stanowczo za gorąco. Temperatura oscylowała w granicach 22 stopni Celsjusza i to dokładnie 1 listopada...
Z jednej strony dobrze, bo podjęłam decyzję, że jednak tę chustę przedłużę. I zaraz po powrocie do domu powoli zabrałam się za prucie zakończenia.
Trochę trwało zanim sprułam ostatnie kilka rzędów. Mogłam to robić wyłącznie wtedy, kiedy nikogo nie było w domu, bo bałam się, że pogubię oczka i cała moja praca pójdzie na marne.
I tak oto chusta Snoweko z powrotem wskoczyła na druty:
Dziergam ją też za dnia, kiedy nikogo nie ma w domu i na chwilę obecną mam już 1 powtórzenie wzoru więcej....
Jeszcze przed wyjazdem moje najmłodsze dziecię stwierdziło, że też chce mieć coś, zrobione przeze mnie na drutach. Obojętnie co to ma być, byle było RÓŻOWE...
Polazłam więc na stronę Dropsa i kupiłam różowe:
Miało być z tego cieniowane ponczo, coś z rodzaju takiego, jak to znalezione na Facebook-u. Nie bardzo wiedziałam jednak jak połączyć kolory, jak się to będzie układać i tak sobie włóczka leżała...
W sklepie na mieście znalazłam jednak inną - też różową i pięknie cieniowaną:
Przynajmniej fajnie to wygląda w tych motkach.
Pojedyncza nitka wygląda tak:
I w sumie nie wiem czy mi się to będzie nadawało na to (lub inne) ponczo. Na dodatek mam dylemat co to za włóczka, bo na metce są dwa różne opisy:
Mam dylemat, bo nie wiem w końcu czy to 66% bawełny i 34% akrylu, czy 100% akrylu....
Priorytetem jednak jest dla mnie Snoweko, więc i ta włóczka leży i czeka na lepsze czasy.
W Polsce okazało się, że moja mama robiła porządki w szafach i znalazła SKARB, który przywiozłam ze sobą do domu...
Ten skarb to 5 motków moherowej włóczki - piękny melanż w odcieniach brązu:
Zaplanowałam z tego sukienkę. Najlepiej taką jak ta - Rosy Cheek. Wzór do kupienia na Raverly, ale niestety tylko w języku angielskim i to jest dla mnie nie do przeskoczenia... Będę musiała poszukać czegoś równie pięknego, ale z polskojęzycznym opisem...
Z żalem odłożyłam włóczkę do pudła...
Ale, ale. Dostałam maila z Dropsa, a tam piękne wzory i PROMOCJA! Promocja na włóczki!
Najbardziej spodobała mi się jedna chusta - Valley Girl. Przestudiowałam wzór i stwierdziłam, że po Efekcie Motyla i Snoweko to pestka. Problem stanowiły tylko włóczki, które pomimo obniżki wciąż wychodziły drogo. Postanowiłam kupować "na raty", czyli jedną włóczkę teraz, a drugą powiedzmy w przyszłym miesiącu. Jak pomyślałam tak zrobiłam i dwa dni później przyleciała do mnie Kid-Silk:
Bardzo podoba mi się fakt, ze jest hermetycznie zapakowana, bo dzięki temu zajmuje niewiele miejsca, a to jest aż 5 motków...
Jak widać na powyższym obrazku razem z włóczką przyleciały markery. Robi sie coraz profesjonalniej...
Tymczasem kilka dni temu mąż powiedział, że musi sobie popatrzeć po sklepach za takim męskim kominem-golfem. Coś szaliki mu nie służą, a robi się coraz zimniej.
Pomyślałam - "O, jest pomysł na prezent" i wymyśliłam:
Z tego niebieskiego powstanie komin dla męża, o taki jak TEN ze strony Dropsa. Co będzie z białego jeszcze nie wiem.
Na razie siedzę w nosem na YT i oglądam jak się takie cuda robi od góry na drutach na żyłce. Mam nadzieję, że do świąt się wyrobię :D
Wisienka na torcie:
Zamówiłam sobie przywieszki HANDMADE  i kupiłam bambusowe druty nr 6...
Czy jest na sali lekarz??? Bo to już chyba trzeba leczyć....

Na zakończenie dodam jeszcze, że wieczorami siedzę i dłubię mojego kwiatka, ale niestety w ferworze zajęć nie zrobiłam zdjęć. Gapa...

Bardzo serdecznie wam dziękuję za wszystkie komentarze. Buziaczki dla Was!!!

sobota, 27 października 2018

Czas się pochwalić...

Tak, dziś ten dzień, w którym będę się chwalić. A co? Niech innym będzie żal :D
No dobra, a teraz na poważnie - będę się chwalić moim szalem Snoweko, zrobionym wg wzoru Iwony Eriksson.
Na początek oczywiście pokażę etapy powstawania, a efekt końcowy jak sama nazwa wskazuje będzie na końcu postu.
Z jednego motka mojego moheru wyszło mi tyle:

16 powtórzeń wzoru plus te kilka rzędów na początku.
Gdy zdecydowałam się go zakończyć miała 27 powtórzeń wzoru i gdy tylko zszedł z drutów wyglądał tak:
I tu muszę się do czegoś przyznać.... Wybrałam elastyczne zakończenie i końcówka szala zrobiła się falbaniasta.... Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że takie zakończenie będzie idealne... No cóż, człowiek uczy się na błędach.
Dziergałam go 2 tygodnie, na prostych drutach nr 4. Próbowałam na drutach z żyłką, ale robiłam za dużo błędów, a na prostych drutach szybciej mogłam wyłapać te błędy.
Muszę przyznać, ze pod koniec było ciężko utrzymać druty...
Szal został delikatnie wyprany i porządnie zblokowany:
Zajął niemal całą powierzchnię materaca o wymiarach 90x200... Szaleństwo.
Niestety po zdjęciu szpilek i przymiarce "na ludziu" okazało się, że jednak mógłby być dłuższy... Tym bardziej że zostało sporo włóczki:
No, ale bardzo mi zależało, żeby go skończyć przed wyjazdem do Polski...
A teraz obiecana wisienka na torcie, czyli efekt końcowy - zdjęcie na ludziu:

I jak się wam podoba?
Chodzi mi po głowie taki pomysł, żeby po powrocie jednak go przedłużyć... Co wy na to?

Dziękuję za Wasze komentarze
- Elżbieta K, Promyk - właśnie z powodu koloru tej włóczki powstał ten szal...
- Agata - mój mąż zapytał po co mi te dziury, skoro szal ma być na zimę :D
- Iwa, ale jest też moher syntetyczny... Powiem szczerze że kiedyś robiłam "próbę ognia", ale nie pamiętam już jak wyszła...
- Jagna - mam nadzieję, że błąd aż tak bardzo nie rzuca się w oczy ;)

Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 14 października 2018

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...

Tak mówi stare przysłowie. I przeważnie to się sprawdza.
Tak było i w moim przypadku. Ponad tydzień tamu żaliłam się na blogu, że jak zwykle zabrakło mi jednego koloru do skończenia 1 haftu. Na domiar złego ten sam kolor (i kilka innych) potrzebne mi było do rozpoczęcia kolejnego projektu. Zakupiłam wprawdzie wszystkie potrzebne nici w sklepie internetowym, ale był przecież początek weekendu więc przesyłka miała dotrzeć najwcześniej we wtorek.
Jako że nie lubię się nudzić postanowiłam wykorzystać wolny od krzyżyków czas na kompletnie inny projekt...
Postanowiłam zrobić szal na drutach.... I to nie byle jaki szal, a szal SNOWEKO wg projektu Iwony Eriksson:
Miałam w domu 3 motki pięknego czerwonego moheru, który lata temu mój śp. tata przywiózł z Austrii:
Nadal mam dylemat czy to moher czy poliakryl, ale twardo postanowiłam coś z tego zrobić. A że SNOWEKO szalenie mi się podoba więc postanowiłam zaryzykować.
Przeczytałam dokładnie "instrukcję obsługi", narzuciłam odpowiednią liczbę oczek na druty, przerobiłam zalecane przez Iwonę 6 rzędów oczkami prawymi i zaczęłam robić wzór....
Pierwszy rząd, trzeci rząd, piąty rząd i dziwne wrażenie że nic mi się tu nie zgadza.
Sprułam i zaczęłam od nowa. I znów ta sama sytuacja. Na dodatek we wzorze są bąbelki, które nijak mi na tej włóczce nie wychodziły. Odpuściłam je sobie, ale wzór nadal mi się nie składał.
Pomyślałam nawet że to przez ten ścieg francuski na początku robótki - może nie składa mi się wzór bo na obu stronach mam same prawe oczka...
Sprułam raz jeszcze, narzuciłam oczka, przerobiłam 6 rzędów prawych i dodałam od siebie kolejne 3 rzędy. Ale tym razem na prawej stronie przerobione na prawo, a na lewej na lewo. I gdy już kolejny raz miałam zacząć przerabiać rzędy ze wzorem dotarło do mojej łepetyny, że źle czytam schemat! Coś mnie zamroczyło i zamiast "czytać" wzór od prawej do lewej to "leciałam" poszczególne elementy wzoru od lewej do prawej...
No sorry, ale wzór nie miał prawa się zgadzać...
Kiedy ta oczywista prawda do mnie dotarła zaczęłam przerabiać oczka już zgodnie z kierunkiem wzoru. I nagle zaczęło mi wychodzić!
Po 2 dniach miałam tyle:

Byłam niezmiernie dumna z faktu, że wychodzi mi to co powinno i dopiero na zdjęciu zauważyłam, że mam tam błąd.... Ale nie miałam siły pruć tego po raz kolejny. Mam nadzieję, że jak się wypierze i ponaciąga to nie będzie to aż tak bardzo rzucać się w oczy.
I dlatego pomimo faktu, że brakujące muliny przyszły już we wtorek to ja nadal dziubię szal...
Mam już 12 powtórzeń wzoru i ciągle wyrabiam nitkę z 1 motka:
Przepraszam za jakość tego zdjęcia, ale nie miałam możliwości zrobienia innej fotki.
Muszę zrobić co najmniej jeszcze raz tyle co mam, żeby dało się tym fajnie owinąć. Chciałabym go skończyć do 1 listopada, ale nie wiem czy mi się to uda.
Jedno wiem - cieszę się że tydzień temu zabrakło mi muliny do haftu :D

Cieszę się, że znaleźli się chętni na SAL Makaronowy. Do stycznia jeszcze dużo czasu, więc może ktoś się jeszcze skusi.
Promyk, eleila - może sie jakoś dogadamy jak już zaczniemy zabawę ;)
eleila - ja też wiecznie nie mam czasu i muszę w końcu wrócić do rozgrzebanych HAED-ów, ale taki hafcik traktuję zawsze jako odskocznię od głównego projektu...

Pozdrawiam


niedziela, 7 października 2018

Pasta SAL czyli SAL Makaronowy

Dziś już oficjalnie zapraszam do nowej zabawy.
Oto banerek do pobrania z naszego nowego SAL-u Makaronowego:
Kilka zasad (tak dla ścisłości):
1. SAL startuje w dniu 1 stycznia 2019.
2. Zapisy przyjmuję na maila - iskierka71@gmail.com
3. Do wzięcia udziału w SAL-u nie jest potrzebne prowadzenie bloga. Osoby, które mają bloga proszone są o "powieszenie" banerka na pasku bocznym ;)
4. Na każdy motyw jest miesiąc czasu, a każdym kolejnym motywem chwalimy się najpóźniej do 10 dnia następnego miesiąca
5. Podpisane zdjęcia gotowego motywu przesyłamy do mnie na podany wyżej adres mailowy. Najlepiej tak pomiędzy 7-9 dniem kolejnego miesiąca, tak żebym w okolicach 10 mogła napisać zbiorczego posta.
6. Haftujemy czym chcemy i na czym chcemy.
7. Do SAL-u można dołączyć w każdej chwili jego trwania.
8. Jeśli ktoś się nie wyrobi w terminie - nie ma tragedii. Proszę tylko o info na maila.
9. I tu chyba jest najważniejszy punkt tego SAL-u:
"To jest zabawa, więc ZERO stresów"
Nie wyrobiłam się? Trudno - takie jest życie :)
Nikt nikomu za to głowy nie urwie. Nie haftujemy na czas, tylko dla własnej przyjemności.

Fajnie że komentujecie. Bardzo Wam za to serdecznie dziękuję
Jagna - dziękuję
Sylwia Murzynowska - przemyśl, do stycznia jeszcze trochę czasu zostało ;)
Katarzyna - serdecznie zapraszam. Odnośnie mulin to ja osobiście zamawiam przez internet. Nie zawsze mam czas na odwiedzenie sklepu w centrum miasta ;)
Margonitka - to jeszcze trochę pokuszę ;)No i niestety nie wiem czemu od taki duży... Widocznie to inna seria SODY

piątek, 5 października 2018

Tradycji stało się zadość....

...i jak zwykle zabrakło mi nici na ostatnie kilkadziesiąt krzyżyków:
 Na zbliżeniu widać zdecydowanie lepije ile mi zabrakło:
Wrrrrrrrrrrr, można się wściec. Na domiar złego jest weekend. Przy dobrych wiatrach zamówione mulinki dojdą we... wtorek, we środę...
Oczywiście żeby się nie nudzić zaczęłam kolejny kwiat z serii, czyli Kwiat Jabłoni:
Za dużo to go nie zrobiłam, bo zanim przygotowałam kanwę i potrzebne muliny to trochę potrwało. No i oczywiście kilku kolorów jak zwykle mi brakuje, a jak pisałam powyżej przesyłka przyjdzie najwcześniej we wtorek...
No cóż, będę robić z tych kolorów które mam, a potem zapełniać dziury...

Sytuacja na placu boju jest taka, że jak na razie to ogarniam wszystko w 90%. Niestety 100% nie ma, bo zdarza się, że gdzieś mi coś umyka, albo czasu brakuje, albo po prostu dzieje się coś, że plan leci na łeb, na szyję...
Czytanie książek holenderskojęzycznych idzie mi jako tako. Przy pomocy słownika udało mi się już przeczytać 3 książki.Do tego robię swój własny słownik wyrazów wcześniej mi nie znanych, więc to czytanie trochę trwa. Ale ostatnia książka była dość ciekawie napisanym kryminałem i zajęła mi 2 wieczory. Więc jest moc :D
Niestety musiałam zrezygnować z dodatkowych konwersacji (taka nauka poza kursem), bo zwyczajnie brakowało mi już na to czasu. W końcu odpoczynek od wszystkiego też mi się należy...


Dziękuję za to że tu zaglądacie i komentujecie (lub nie). Fajnie, że podoba się wam idea nowego SAL-u. Chętni już są, zaczynamy w styczniu, a dokładne zasady i banerek już wkrótce.
Pozdrawiam serdecznie

niedziela, 30 września 2018

Coś się kończy, coś się zaczyna

Niniejszym pragnę oznajmić że definitywnie skończył się nasz SAL Cookie Time. Dziś będzie ostatni post w tym temacie. Chcę Wam pokazać kompletne samplery uczestniczek SALu.
Na początek jednak pokażę Wam jeszcze spóźniony, ostatni motyw SAL-u, który przysłała do mnie Cytrulina:
A teraz, żeby już nie przedłużać - ostatnia odsłona naszego Samplera w kolejności nadsyłania zdjęć. 
1. Karolina z bloga Moje Hobby:
 2. Agata z bloga Hafty Agaty:
 3. Małgosia z bloga Margo i Nitka:
 4. Cytrulina z bloga Cytrulina Hand Made:
 5. Małgosia z bloga Magiczny Świat Krzyżyków:
 6. Sylwia z bloga Ruda Mama i Jej Pasje:
 7. I tak dla przypomnienia mój samplerek:
Miałam nadzieję, że uda mi się go pokazać już oprawiony ale niestety...
Gratuluję wszystkim, którzy ukończyli nasz SAL. Tym którzy się nie wyrobili życzę, aby udało im się kiedyś go ukończyć. Wszystkim jednakowo dziękuję za udział w zabawie.
Jak w tytule mojego posta - coś się skończyło.
A co się zaczyna? No właśnie....
Czy macie ochotę na kolejny SAL o podobnej tematyce? Małgosia z bloga Magiczny świat krzyżyków wysłała mi zapytanie, czy nie zorganizowałabym kolejnego "kuchennego SAL-u". I posłała mi nawet wzór, którego ja sama szukałam od dobrych 3 miesięcy...
Tematem nowego SAL-u jest MAKARON...
A zatem kto chętny na "Pasta SAL"?
Wzór ma wymiary 234 x 173. Wielkością jest więc zbliżony do Cookie Time
Od razu zaznaczę, że zaczynamy od 1 stycznia. Jest więc dużo czasu do namysłu oraz do skompletowania potrzebnych materiałów.
Ktoś chętny? 
Bo ja z pewnością ten sampler wyhaftuję. 
W przyszłym roku. 
Na 200%...
Wszystkich chętnych proszę o kontakt na adres iskierka71@gmail.com.
Czekam. Banerek umieszczę na blogu jak tylko znajdą się chętni.

Bardzo dziękuję za wasze komentarze pod poprzednim postem.
Jagna - trzeba korzystać z okazji ;)
Promyk - trzeci zacznę już niedługo 

Pozdrawiam serdecznie

piątek, 28 września 2018

"Zaś kwiotki"...

...powiedział mój mąż gdy zobaczył co haftuję...
Mój mąż jest Ślązakiem z Radzionkowa, takim z krwi i kości. Zawsze się śmiejemy że on to nawet polskiego nie zna dobrze, ale za to "śląski perfect". W jego ustach zabrzmiało bardziej jak "fiotki", czyli po naszemu kwiatki...
Ano haftuję "kwiotki". A czemu tak wyszło? Ano wszystkiemu winne wakacje - trzeba było coś zabrać ze sobą na wakacje do Polski . Coś niezbyt dużego, ale też i żadną drobnicę. Wybór padł na "kwiotki", które miałam w planach na bliżej nieokreślone "kiedyś".
Jak już jednak wiecie, akurat podczas wyjazdu nie udało mi się zacząć tego co ze sobą zabrałam. Jednak skoro już się namęczyłam i wzór wybrałam, skoro już miałam przygotowany materiał i wyszperane tudzież zakupione muliny to szkoda mi było ten projekt odkładać.
I tak od razu po powrocie z Polski korzystając z reszty wakacji, oraz z faktu że moja mama zajmuje się moim dzieckiem przystąpiłam ochoczo do pracy. A oto pierwsze efekty:
Tydzień później miałam już połowę haftu za sobą:
Pod koniec sierpnia haft był gotowy:
Magnolia. Prawda, że piękna? Tylko fotki robione w nieodpowiednim oświetleniu...
Haftowało się wyjątkowo szybko i od razu postanowiłam wyhaftować następny z serii. Tym razem wybór padł na Kwiat Wiśni. Tu odsłona pierwsza:
I znów jak poprzednio - bardzo szybko sie haftowało. Tylko teraz niestety już mniej czasu było. Podgoniłam trochę w miniony weekend - niemal całe dwa dni miałam tylko na własne hobby. W niedzielę wieczorem Kwiat Wiśni wyglądał tak:
Przepraszam za jakość zdjęć, ale w dzień nie mam czasu robić fotek. Szczególnie jeśli wiąże się to ze zdejmowaniem tamborka.
Do dnia dzisiejszego troszkę już przybyło, ale to może pokażę w momencie przekładania tamborka. Chciałabym szybko skończyć ten haft i zabrać się za następny - tym razem za Kwiat Jabłoni...
Mam w planach oprawić wszystkie trzy w jednakowe ramki i zawiesić na ścianie salonu

Vipek - u mnie raczej robótka jako "czekaczka" się nie sprawdzi. Za dużo bambetli do rozkładania. Wybiorę raczej książkę - w końcu po coś się do tej biblioteki zapisałam...
Elżbieta K - czekam na twój grafik ;)
Agata - chyba coś w tym jest, bo powoli ogarniam. Nawet bez planera ;)
Lidzia - bo ja to tak falami - 9 lat temu zaczęłam go odwiedzać jak przygotowywałam syna do komunii a córkę do bierzmowania. Trwało to tak ze 3 lata. Potem przeważnie jeździłam w drugim kierunku, do Aalsmeer (albo nie jeździłam wcale). Teraz znów sie zapowiadają 3 lata... Może się jednak gdzieś kiedyś spotkamy ;)

Dziękuję Wam za wszystkie wspaniałe komentarze. Dziękuję też tym, co zaglądają i nie komentują. Pozdrawiam

niedziela, 23 września 2018

Planer poszedł się BuJać....

Na początku 2018 roku postanowiłam trochę ogarnąć rzeczywistość i spróbować żyć wg planu. Pokazywałam am nawet mój własny Bullet Journal (BuJo).
Na początku było fajnie - udało mi się zrealizować niemal ( z naciskiem na słowo "niemal") wszystkie zaplanowane prace hafciarsko-koralikowe:
1. Wykoralikowałam Świętą Rodzinę w prezencie dla mojej Mamy:
2. Skończyłam SAL z baletnicami:
3. Skończyłam Malwy:
4. Wyhaftowałam metryczkę dla synka chrześnicy:
5. Skończyłam SAL Cookie Time:
5. Uszyłam poszewki na poduszki, którymi chwaliłam się ostatnio:

Jak na chroniczny brak czasu to i tak dużo...
Potem przyszedł czerwiec i planer poszedł się BuJać... 
Miałam dużo spraw na głowie i problemów i zdecydowanie nie nadążałam za biegiem czasu.
Nie udało mi się wrócić do HEAD-ów. I choć w planach na ten rok było ukończyć choć jeden, to niestety... Ale o tym w innym poście.
Z wakacji w Polsce wróciliśmy 2 sierpnia i niemal z marszu wpadłam w wir pracy... Na szczęście w obowiązkach domowych pomagała mi mama, która przyjechała do nas "na trochę".  Jednak już 9 sierpnia okazało się, że to jej "trochę" może potrwać odrobinę dłużej. Dostałam wreszcie list ze szkoły językowej na który czekałam od... końca kwietnia. I tu od razu zonk - kurs zaczyna się już 13 SIERPNIA... Na dodatek w godzinach które nijak nie pasowały ani do mojego rozkładu zajęć zawodowo-zarobkowych, ani do planu lekcji w szkole mojej córki... I jak to zwykle bywa nijak nie dało się tego zmienić. Musiałam całkowicie "przeprogramować" swój grafik obowiązków...
W poniedziałek od 9.00 do 12.00 miałam kurs języka holenderskiego - pracę, którą w ten dzień wykonywałam musiałam przesunąć na czwartek, który wcześniej miałam wolny.
We wtorek i w piątek praca 0d 9.00- do 12.00
We środę - praca od 9.00 do 12.00, a od 13.00 do 16.00 kurs.
Wolny kiedyś czwartek zmienił się w pracujący do 12.00 czwartek.
Weekend wolny.
Od razu pojawił się problem co ze środą. W środę moje dziecko kończy szkołę o 12.30, a ja zaczynam kurs o 13.00 na drugim końcu miasta. Dopóki miała wakacje nie było problemu. Ale jak się już szkoła zaczęła (27.08)  to i owszem, problem zrobił się duży.
Nie dam rady w pół godziny zawieźć ją z miasta do domu i wrócić, a co dopiero zajechać w drugi koniec miasta. Niby w domu jest babcia i mogłaby ją odbierać, ale jak na złość w tych godzinach nie kursuje na naszą wieś żaden autobus. A piechotą to 3 km - trochę dużo jak na panią po 70 i 6 letnie dziecko...
Musiałam niestety zapewnić dziecku jakąś opiekę po szkole, tak żebym mogła ją odbierać wracając z kursu. Oczywiście trzeba było pojeździć w różne miejsca i pozałatwiać...
Gdy opieka po szkole została zapewniona moje dziecko oświadczyło, że MUSI nauczyć się pływać i w związku z tym ja MUSZĘ zapisać ją na basen. Cóż było robić? Holandia to jak Wenecja - ląd i wszechobecna woda. Lepiej żeby dziecko umiało pływać...
Zapisałam ją, zapłaciłam i od 28 sierpnia w każdy wtorek prosto po szkole jedziemy na basen... Żeby nie było tak łatwo - szkoła kończy się o 15.00, lekcja pływania zaczyna się o 15.45, a na basen samochodem to jakieś 5 minut drogi. Najpierw czekamy więc na swoją kolej, a potem dziecko idzie pływać a mama na kawę... i tak do 16.30 kiedy to lekcja się kończy a ja mogę ją odebrać i pomóc jej się wytrzeć i przebrać. I w ten sposób z 45 minut pływania robi się 1,5h... Tyle czasu w plecy, masakra...
Ale przynajmniej dziecko zadowolone ;)
Tu na zdjęciu z kuzynką:

Mało mi było zajęć w tygodniu to zapisałam dziecko na naukę religii do polskiego kościoła w Rotterdamie. Zajęcia z religii i języka polskiego odbywają się w co drugą sobotę i trwają od godziny 16.00 do 17.45. o 18.00 jest msza dla dzieci i pojem można już jechać do domu. Licząc że wyjeżdżamy o 15.00, a wracamy o 20.00 jest to kolejne 5h kiedy nie mogę zając się moim hobby :(
Jak komuś moich zajęć jeszcze mało to dodam, że zostałam zobligowana przez moją panią nauczycielkę z kursu (oczywiście nie tylko ja, ale cała grupa) do zapisania się do miejskiej biblioteki... 
Oto moja karta biblioteczna:
Na początek mamy czytać książki łatwe w odbiorze, cienkie, takie specjalnie dla ludzi z problemami językowymi. Takie jak te, na zdjęciu poniżej.
Oto moje pierwsze (prawie) przeczytane książki holenderskojęzyczne:
Ta pierwsza już przeczytana, ta druga w trakcie...
Oprócz tego musiałam znaleźć sobie jakiegoś kogoś, kto by mi pomógł w konwersacji po holendersku... 
Bo z moim holenderskim jest tak, że niby ja bardzo dużo rozumiem, ale z odpowiedziami to już jest znacznie gorzej. Tak "Kali mieć" i "Kali umieć". A z kursu muszę skorzystać, bo po 1 jest darmowy, a po drugie jest bardzo fajnie prowadzony. Przyznam się ze przez ponad miesiąc dużo nowych rzeczy się nauczyłam. No i do tego ta biblioteka i książki... Prawie zapomniałam już, że ja kocham książki i że kiedyś pochłaniałam je tonami...

No dobra, ponarzekałam sobie na brak czasu na haft. Za to kalendarz zajęć mam pełny i nuda mi jak na razie nie grozi.
Mama dzielnie mi pomagała. Trochę sprzątała, ale głownie nam wszystkim gotowała. 
Przez ostatni tydzień miałam gości z Polski. Przyjechał mój brat z żoną i dwuletnią córką. Gdy wyjeżdżali mama zabrała się z nimi. Z jednej strony będzie mi brakować jej wsparcia w pracach domowych, a z drugiej strony... wiecie jak to jest gdy ktoś kręci się wam po domu. Niby nie jest to obca osoba, ale z biegiem czasu jej obecność zaczyna uwierać jak kamyk w bucie...
Od jej wyjazdu zastanawiam się nad powrotem do mojego planera. Teraz już nie chodzi o ogarnięcie rzeczywistości, bo jak na razie, przynajmniej przez najbliższe pół roku nie zmienią się godziny moich zajęć. Chodzi bardziej o znalezienie czasu na naukę i hobby. Coś jak:
- w poniedziałek haft, we wtorek nauka, w środę szycie, w czwartek druty...
Muszę to jeszcze przemyśleć i jakoś sensownie rozpisać. Może się jeszcze tym na blogu pochwalę...
No i znowu się rozpisałam, a miałam pokazać nowy haft... Ale wiem, że cierpliwie poczekacie do następnego postu ;)

Kochane uczestniczki SAL-u Cookie Time - jeśli któraś ze spóźnialskich ma jeszcze jakieś zaległe fotki do opublikowania to proszę mi jeszcze podesłać. Szczególnie zdjęcia całości pracy. Chcę za tydzień zrobić post podsumowujący.

Dziękuję wam za wszystkie komentarze. Obiecuję, że to jeszcze nie koniec recyklingu. Coś jeszcze powstanie, tylko muszę znaleźć na to czas...
Malgorzata Zoltek - ja też się boję, ale próbuję przełamać ten strach :)
Renka, Kreatywna TV - mam takie samo zdanie